Błękitny dom nad jeziorem w stylu świdermajer

Błękitny dom w stylu świdermajer. Zachwyca koronkowymi werandami!

Rezydencje

Z tarasami na cztery strony świata i koronkową stolarką elegancko wtapia się w leśny krajobraz. Ten „dom nad jeziorem polodowcowym”, jak nazywa go właścicielka i projektantka, powstał z drewna, kamienia, rattanu, lnu, bawełny, szkła i… światła.

Najważniejsze informacje w skrócie:

  • Działka i historia: Dom stoi w lesie nad jeziorem polodowcowym – powstał dokładnie w miejscu dawnego baraku letniskowego

  • Architektura: Drewniana willa inspirowana stylem świdermajer, z przeszkloną oranżerią i tarasami na cztery strony świata

  • Kolory: Błękitna elewacja w odcieniu porannego nieba nad jeziorem, przełamana we wnętrzach eleganckimi, czarnymi akcentami

  • Rzemiosło i detale: Ażurowe drewniane koronki na werandach, rzeźbione korony drzwi oraz marmurowy kominek narysowany przez właścicielkę

  • Drewno z historią: Kuchenne blaty i schody powstały ze starych dębów powalonych przez nawałnicę w parku rodziców projektantki

  • Meble i wyposażenie: Francuskie antyki i kredensy z belgijskiego zamku zestawione z meblami z sieciówek oraz polskim rzemiosłem

Zobacz też: Stuletnie mazurskie siedlisko z czerwonymi drzwiami. To rzemieślniczy majstersztyk!
 

Błękit na elewacji właścicielka skomponowała z kilku odcieni farb. Miał przypominać kolor porannego nieba odbijającego się w tafli jeziora i sprawić, by dom stał się częścią otaczającego go krajobrazu.

Nigdy nie była nad Świdrem, a zbudowała świdermajer. Skąd wziął się pomysł na willę nad jeziorem?

Dorastałam w domu na Warmii, gdzie jeziora były ukojeniem dla moich oczu. Już wtedy marzyłam, że będę kiedyś miała dom, z którego rano zobaczę wodę, i że moje dzieci będą mogły dorastać blisko natury – biegać boso po ogrodzie, budować szałasy, wsłuchiwać się w śpiew ptaków i latem pływać ze mną w jeziorze.

Zanim kupiłam działkę, kompletowałam meble do domu, którego jeszcze nie było. Podczas każdej podróży fotografowałam drewnianą architekturę. Podhale, Finlandia (i koronkowa Rauma), Norwegia, Warmia, Podlasie, Kresy. Górskie wsie, nadmorskie wille. Za każdym razem, gdy jakiś dom mnie zachwycał, robiłam zdjęcie. Z roku na rok folder „Inspiracje” stawał się bogatszy.

Mój „dom nad jeziorem polodowcowym” najbardziej kojarzy się z architekturą świdermajerów. Drewnianymi willami z linii otwockiej zachwycałam się na zdjęciach i w książkach, ale – co może być zaskoczeniem – nigdy nad Świdrem nie byłam. Wiele osób, zanim na domu pojawiły się ażurowe koronki, mówiło, że wygląda bardzo amerykańsko. Tymczasem Stany Zjednoczone nigdy nie były moją inspiracją. Ogromnym wsparciem podczas projektowania była dla mnie również książka „Budownictwo drzewne. Wzornik detalu snycerskiego” Liebolda, do której wracałam tak często, że zaczęłam nazywać ją swoją biblią.

Zobacz też: Mazurskie siedlisko z widokiem na jezioro – wnętrza, w których połączono angielską elegancję z rustykalnymi akcentami

Na schodach ganku właścicielka Marcelina Oczkowska z psem Szafirem.

W miejscu starego baraku i z niemowlęciem na rękach. Kulisy budowy willi nad jeziorem

Na zaprojektowanie domu nie miałam wiele czasu. Byłam w ciąży, a wszystkie formalności związane z budową spoczęły na mnie. Wiedziałam, że kiedy urodzi się synek, czasu będzie jeszcze mniej… W ciągu kilku miesięcy spotkałam się z wieloma architektami. Pokazywałam własne szkice elewacji i układu pomieszczeń. Opowiadałam o wymarzonych detalach, proporcjach i klimacie. Tymczasem wracały do mnie projekty, które z moją wizją nie miały wiele wspólnego, np. nowoczesny dom z basenem. Wtedy zrozumiałam, że najtrudniej znaleźć nie tyle dobrego architekta, co kogoś, kto potrafi słuchać.

Przełom nastąpił podczas rozmowy z Iwoną Podlasińską, która prowadziła u mnie w Złodziejewie warsztaty fotograficzne, gdy opowiedziałam o swoich dotychczasowych perypetiach. Ku mojemu zaskoczeniu powiedziała: „To ja narysuję Ci ten dom”. Była pierwszą osobą, która zrozumiała moją wizję. Formalnościami i dopracowaniem projektu zajęła się później architekt Ewa Cempel, na którą trafiłam dzięki jednej z grup na Facebooku.

Klasyczny porządek i lekkość drewna. O symetrii, oranżerii i proporcjach

Od zawsze fascynowała mnie dawna architektura. W ostatnich latach szczególnie bliski stał mi się klasycyzm, zapewne z powodu mojego zamiłowania do symetrii, harmonii i spokojnych proporcji. Ten dom jest właśnie takim połączeniem – lekkości drewnianej architektury z klasycznym porządkiem. Powstał w wyniku rozbudowy niewielkiego domu letniskowego, który w rzeczywistości był starym barakiem. Przepisy narzucały wiele ograniczeń, na przykład nowy budynek musiał stanąć dokładnie w miejscu poprzedniego.

Jasna jadalnia z dużym drewnianym stołem i kryształowym żyrandolem
Stół w jadalni wykonała polska pracownia QinWood – manufaktura tworząca meble z litego drewna. Jej zamiłowanie do rzemiosła i naturalnych materiałów doskonale wpisuje się w filozofię domu. Krzesła typu windsor, odnowione i polakierowane, są drugiej ręki.
Pod stylowym okapem na ścianie ułożone zostały płytki z ornamentowym wzorem hiszpańskiej marki Equipe.

Największym wyzwaniem okazała się oranżeria, z której nie chciałam zrezygnować, choć niełatwo było ją zmieścić. Równoważy ona wiatę garażową i pozwala zachować symetrię całej bryły. Na początku usłyszałam od jednej z architektek: „Musi pani zrozumieć, że nie wszystko da się zrobić”. Długo o tym myślałam. Dziś wiem, że czasem nie chodzi o to, by na siłę naginać rzeczywistość, ale by cierpliwie szukać rozwiązań, bo często daje się osiągnąć znacznie więcej, niż się początkowo wydawało.

Tak jak na początku nie miałam szczęścia do architektów, tak później nie miałam go również do wykonawców. Budowa domu przypadła na czas pandemii – niezwykle trudny okres dla mojej działalności zawodowej. Wykonawcy nie doprowadzili jej do końca i na stosunkowo wczesnym etapie większość obowiązków spadła na moje barki: logistyka, zamawianie materiałów, pilnowanie dostaw i rozwiązywanie codziennych problemów.

Projektowałam dom w połogu. Budowałam go, jednocześnie karmiąc piersią. Wykańczałam wnętrza z niemowlęciem na rękach i starszą córką u boku. Przez blisko trzy lata pozostawał nieskończony: brakowało balustrad, ozdób i detali, które miały być przysłowiową kropką nad „i”. Większość z nich powstała najpierw w mojej głowie. Wymyśliłam m.in. kominek, koronki werand, rzeźbione elementy mebli, wykorzystując szkice i fotografie zbierane przez lata.

Błękit porannego nieba i dęby po nawałnicy. Wnętrza, w których każdy przedmiot ma swoją historię

Błękit przewija się przez cały dom. To kolor przestrzeni i spokoju, nieba i jeziora – dwóch żywiołów, bez których nie wyobrażałam sobie tego miejsca. Nawet kolor elewacji nie pochodzi z gotowego wzornika. Powstał z mieszania kilku odcieni, aż uzyskałam barwę przypominającą poranne niebo odbijające się w tafli jeziora. Od zawsze kochałam również czerń – i jej nie mogło zabraknąć. Chciałam jednak, aby była jedynie eleganckim akcentem, podkreślała delikatność błękitu, dodawała wnętrzom głębi i ponadczasowości, nie odbierając im lekkości.

W salonie bliźniacze sofy zyskały nowe życie dzięki piaskowaniu drewnianych elementów i nowej grafitowej tapicerce
W salonie bliźniacze sofy, cudem odnalezione w parze we wtórnym obiegu, zyskały nowe życie dzięki piaskowaniu drewnianych elementów i nowej grafitowej tapicerce.
Łóżko oraz zabytkowe ramki pochodzą od jednego z ulubionych antykwariuszy właścicielki – francuskich antyków z gryfina. Łóżko zostało odnowione, ma nową tapicerkę z szarego bawełnianego aksamitu.

Coraz mocniej wierzę, że wyjątkowych domów nie tworzy wielki budżet, ale człowiek – jego wrażliwość, wspomnienia, zachwyty, cierpliwość i odwaga, by urządzać wnętrza po swojemu, a nie według chwilowej mody. Dlatego u mnie obok mebli sprowadzanych głównie z Francji stoją przedmioty z popularnych sieciówek. Obok rzeczy wykonywanych na zamówienie są te odnalezione na internetowych aukcjach. Dla przykładu szafka w łazience jest z IKEA, ale otrzymała ręcznie wykonane nóżki i uchwyty z ważkami, dzięki czemu zyskała nowy charakter.

Wiele mebli odnawiałam własnoręcznie. Kiedy zabrakło pieniędzy na górne szafki kuchenne, z bólem serca rozmontowałam górne części dwóch bliźniaczych kredensów stojących już w jadalni i wykorzystałam je do zabudowy kuchni, doły mebli stały się komodami i trafiły do innych pokoi. Później cudem udało mi się znaleźć kolejne wyjątkowe kredensy pochodzące z zamku w Belgii, które zajęły ich miejsce.

Jednym z najbardziej osobistych elementów tego domu są dębowe blaty kuchenne oraz schody. Powstały z drewna dębów rosnących w zabytkowym parku, do którego moi rodzice przeprowadzili się, gdy byłam nastolatką. Te stare, piękne drzewa przez wiele lat były częścią krajobrazu mojej wczesnej młodości, aż w 2017 roku powaliła je pamiętna nawałnica. Zamiast zakończyć swoją historię, otrzymały nowe życie. I połączyły dwa ważne dla mnie miejsca – dom mojej młodości i mój własny. Przez lata wydawało mi się, że dom jest celem. Dziś wiem, że jest odwrotnie. Dom niczego nie kończy. To od niego wszystko się zaczyna.

Koncepcja architektoniczna i aranżacja wnętrz: Marcelina Oczkowska (inicjatorka Warsztatów Fotografii Artystycznej w Złodziejewie, @zlodziejewo, @dom_nad_jeziorem_polodowcowym)

Współpraca projektowa: Iwona Podlasińska, arch. Ewa Cempel

Opracowanie: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Igor Dziedzicki
Stylizacja: Karolina Mears