werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Dom zmienny jak kameleon

Rezydencje

Marzenna Niemoczyńska mówi o sobie „artystyczna dusza”, bo robi w życiu wiele rzeczy – zawsze coś kreatywnego. Nie potrzebuje projektanta wnętrz, bo sama wie najlepiej, jak wszystko zmienić. I podkreśla, że mężczyznę może rzucić, ale tego domu nigdy.

Wiecznie coś zmienia, każdego dnia wszystko zaczyna od nowa. Z zawodu jest kreatorem stylu, szyje damskie ubrania (jest właścicielką marki 303 Avenue). Największą ma przyjemność z ubierania kogoś ciekawego, bo lubi wyzwania, stąd jej wieloletnia współpraca i przyjaźń z Magdą Gessler, Kasią Sokołowską albo Niną Kowalewską. Lubi trudne przypadki z fascynującą osobowością, takiej pracy zawsze się podejmuje.

Serce oddaje komuś ciekawemu. – Mam bardzo osobisty stosunek do swojego domu – mówi. – Miałam 34 lata, kiedy w nim zamieszkałam, a było to 24 lata temu, wszystkie moje dzieci w nim dorosły, znam w nim każdy najmniejszy kącik, ale dbam o to, by było w nim pięknie. W dodatku wiem, czego chcę. Tak długo będę szukała właściwego koloru czy detalu, mebla, tkaniny albo bibelotu, aż znajdę. I natychmiast zaczynam zmieniać kolejny pokój lub miejsce. Mój styl streszczam w słowach: proste, wygodne, ładne.

W CIĄGŁYM REMONCIE

W projektowaniu ubrań moja definicja jest nieco inna: mają być proste, wygodne, dziewczęce. Kocham piękne rzeczy, ale do niewielu przywiązuję się na stałe. Żyję zmianą, bo ciągle podobają mi się nowe przedmioty albo klimaty. Pieniądze nie mają dla mnie znaczenia, nie oszczędzam, nie inwestuję, raczej stale je wydaję, bo non stop zachwyca mnie coś nowego. Patrzę na swój ukochany dom i już! Natychmiast chcę wymienić kominek, zrobić inne okna, nigdy nie stanę i nie powiem: „Okej, to jest wnętrze skończone”. U mnie życie jest w ciągłym remoncie. I dom też.

Dziewięć lat temu się rozwiodła (po 28 latach małżeństwa) i od tej pory czasem pojawia się ktoś bliski, czasem jest sama (bardzo źle znosi samotność), ale dom – bez względu na jej osobistą sytuację – tętni życiem. – Miałam supermęża – wyznaje. – Mam trójkę pięknych dzieci: 36-letniego Kubę, prawnika i tatę (za chwilę będzie mój czwarty wnuk); 28-letniego Maxa, z którym pracuję, i 19-letnią córkę Matyldę, studentkę socjologii, która jeszcze mieszka ze mną, ale już szykuje się do wylotu z gniazda. Od rozstania z mężem nic nie robię, tylko zmieniam. Najpierw wszystko wyrzuciłam z sypialni i przez pół roku spałam tylko na łóżku. Potem pojawił się nowy mężczyzna i miałam niesamowitą inspirację, żeby robić dom na nowo. Przez półtora miesiąca zrobiłam lifting całości.

BLISKIE SPOTKANIA W KUCHNI Z WYSPĄ

Najwięcej dzieje się tutaj w okolicy kuchni. Wszyscy stoją przy wyspie – tutaj jemy, gadamy albo pracujemy. Razem gotujemy, moje dzieci ze swoimi dziećmi są w soboty, niedziele, kiedy tylko mogą. Wpada też mój młodszy brat z cudowną żoną i dziećmi, a moja szalona mama przyjeżdża do nas rowerem. Kiedy siadamy w niedzielę do obiadu, to jest nas 24 sztuki. Dzieci proszą mnie, żebym zrobiła im jajka faszerowane z koperkiem, sałatkę ziemniaczaną z sosem winegret, a moja mama robi im kaczkę. Nigdy nie potrzebowała projektanta, bo działa impulsywnie, pod wpływem emocji i jej własne wybory, jej własny gust pasują do tego, co czuje i co chce widzieć w swojej osobistej przestrzeni. Przyznaje: – Dla emocji zrobię wszystko. Gdy czuję, że się we mnie gotuje, działam. Kiedy byłam zafascynowana pewnym mężczyzną i miał być gościem w moim domu, to w półtora dnia urządziłam mu gabinet. Jego już nie ma w moim życiu, ale angielski gabinet pozostał i teraz ja w nim pracuję.

Fortunę wydaję na kwiaty. Ludzie się dziwią, bo nie mam granic w zachwycie nad roślinami w domu, są kolorem i ważną częścią wyposażenia. U mnie w wazonach stoją wyłącznie kwiaty sezonowe: uwielbiam eustomę, białe tulipany, teraz wstawiam róże, miecze, niebieskie hiacynty i hortensje. Za to, co wydałam na rośliny, inni kupili sobie mieszkania. Ale jeśli nie mogę wymienić mebli, to przynajmniej zmieniam bukiety. Dla moich gigantycznych ogrodowych trzymetrowych datur musiałam wybudować domek, bo mój ogród też jest częścią rodziny. Ktoś kiedyś mi powiedział, że u nas najlepiej starzeje się właśnie ogród. Dom jest wielki, ma wysokie okna i 650 metrów kwadratowych. Kupiłam ten projekt w Ameryce, ma ich kontynentalny rozmach, znalazłam go w katalogu, zapłaciłam 500 dolarów.

ŻYCIE ZMIENNE JAK... DOM

Przerobiłam go od podstaw, wymurowałam z cegły, tylko okna musiałam zachować plastikowe, bo w tamtych latach nikt nie chciał zrobić 6-7-metrowych z drewna. Ale już wiem, że niedługo je wymienię. Na szczęście nie mam potrzeby, by zmienić dom całkowicie, wyburzyć ściany albo przebudować. Za to codziennie widzę element do zmiany i wiem, że to zrobię. Mam świetną ekipę, która kiedyś remontowała moją szwalnię i teraz pracuje w moim domu. Jeśli podoba mi się jakiś detal, kanapa albo stół, to nie ma znaczenia, gdzie go znajdę. Kiedyś szukałam kanapy – jeździłam za granicę, widziałam dziesiątki drogich sof we Włoszech, a znalazłam zjawiskową w niedrogiej sieciówce. I kupiłam ją po powrocie do Polski, była tania, a wygląda jak milion dolarów.

Mebli z dzieciństwa nie trzymam, bo jest ze mną taki problem, że wszystko wyrzucam. Za to mam stare rodowe srebra po rodzicach. Ale nie jestem sentymentalna i nigdy nie żyję przeszłością. Dla mnie ważne jest tylko to, co przede mną. Zmieniam swoje życie bez końca, a moje dzieci żartują, że na szczęście i tak ląduję w naszym domu. Wszyscy go kochają, chociaż dzisiaj takiego amerykańskiego olbrzyma bym już nie wybudowała. Ale kiedy przed kilku laty chciałam go sprzedać, dzieci walczyły o niego, bo go kochają. Przekonywały mnie, że nie jest to dom perfekcyjny, tak samo jak one i ja. To był dla mnie argument. I powiem ci jedno: wiem już teraz, że mężczyznę mogę rzucić, ale tego domu nigdy.

Tekst: Katarzyna Nazarewicz

Zdjęcia: Aneta Tryczyńska

Stylizacja: Agnieszka Głowacka, Aneta Tryczyńska 

reklama
reklama