reklama

Jak odrodziła się willa Kropka

Rezydencje

Ptaki budzą nas tu o brzasku, w dziuplach starych dębów mieszkają wiewiórki, a pod drewutnią jeże i zaskrońce.

Dworek związany ze sławną pisarką sprzedam – to ogłoszenie nas niezwykle podnieciło. Zadzwoniliśmy natychmiast i równie szybko pojechaliśmy w podwarszawskie lasy obejrzeć willę Kropkę. Droga była wtedy cudownie dziurawa i zupełnie pusta. Przed totalnie zdewastowanym domem z lat 20., w zarośniętym chaszczami ogrodzie, przywitała nas dama w złotych pantofelkach. Był maj, wiewiórki biegały po wielkich jak katedry drzewach. Od razu wiedzieliśmy, że chcemy tu zamieszkać. Po paru miesiącach podmiejska willa profesora Wacława Dąbrowskiego, szwagra Marii, była nasza.

Marzyliśmy o tym, by ją ocalić. Ale nieremontowana od dziesiątków lat, z gigantycznym grzybem w piwnicach i przegniła w drewnianej części, musiała zostać rozebrana i odtworzona (przy okazji lekko rozbudowana). By nie pozbawiać jej ducha, zachowaliśmy stare belki, więźby, drzwi, wywietrzniki, kafle z pieca, porcelanowe wieszaki i wszystko, co się dało. Najlepszą recenzją naszych wysiłków była opinia sąsiadów, którzy – gdy zburzyliśmy otaczający działkę betonowy płot – podziwiali, że tak pięknie wyremontowaliśmy dom!

Dziś w miejscu pokoiku, w którym Maria Dąbrowska pisywała, odpoczywając u szwagrostwa, jest duży pokój kąpielowy. Za jego oknami widać dwie gigantyczne, prawie dwustuletnie sosny strzegące domu. Co dzień wędrują po nich wiewiórki.

Na parterze, w dobudowanej części, mamy dużą kuchnię z solidnym, wielkim piecem, stołem i blatem wyłożonym zielonym trawertynem, na którym można pracować, gadając z domownikami w fotelach przy oknie. Kiedyś miałam anginę i musiałam zostać w domu na parę dni – wzięłam więc pędzle i wymalowałam w kuchni rzucik i ptaszki fruwające po niebieskim suficie. Dawną kuchnię i jadalnię połączyliśmy w wielki salon pomalowany na czekoladowy kolor. Zmniejsza to optycznie wnętrze, ale też ogromnie je ociepla. Podłoga na parterze wyłożona jest płytkami udającymi terakotę. Mamy mnóstwo zwierząt, latem dom jest całkiem otwarty na ogród i żadne deski długo by tutaj nie wytrzymały.


Część od północy – gdzie kiedyś mieściły się ponure pokoje gospodarcze i służbówka – otworzyliśmy i mamy tam teraz „galerię” ze zbieraniną pamiątek przywiezionych z podróży, a także rzeczy sentymentalnych. Panowie, którzy budowali nasz dom, z powodu licznych nisz i zakamarków nazwali go „kapliczką”. I rzeczywiście, coś w tym jest. Ale takie „dziurki”, łuczki i nisze są niezwykle nastrojowe i tworzą magiczną atmosferę. Piękne, lekkie schody na piętro wymyślił brat męża, architekt z wielką wyobraźnią. Na piętrze na podłogach mamy szerokie modrzewiowe dechy. Zaolejowane na biało wyglądają rewelacyjnie i są przyjemnie ciepłe. Na poddaszu jest mój bałagan – uwielbiam to miejsce. Kilka połaciowych okien pokazuje niebo ze wszystkich stron i drzewa pochylające się nad domem. Nie byłoby tu może aż tak cudownie, gdyby nie stary las, który nas otacza. Mamy w nim osiem pomników przyrody i dbamy, by trzymały się jak najlepiej. Trawnik założyliśmy tylko przy domu, reszta jest dzika. Czasem wycinamy samosiejki i zbyt natarczywe chwasty. Wiosną mamy tu całe morze zawilców, fiołków leśnych i konwalii. Gniazda zakładają kosy i mazurki. Ptaki więc budzą nas o świcie. Lubimy wtedy siadać na tarasie i pić poranną kawę, słuchając ciszy.

Po siódmej ruszają samochody. Rok temu wybudowano nam solidną drogę i teraz mamy autostradę w pięknym, starym lesie. Na szczęście tylko w godzinach szczytu. Boli nas, że sąsiedzi aż z takim zapałem wycinają stare, piękne drzewa, niszczą naturalne poszycie leśne, by założyć te okropne trawniki i całe lato spędzać na ich koszeniu zamiast na słuchaniu ptaków.
Ale kochamy to miejsce tak bardzo, że nie ruszylibyśmy się stąd za nic.

Opowieści mieszkańców willi Kropka wysłuchała Teresa Jaskierny
Fotografie: Cezary Hładki, Małgorzata Sałyga, Mariusz Purta, Joanna Siedlar

reklama
reklama