To on najbardziej urzekł słynnego architekta PIERA LISSONIEGO. Projektując swój dom, zrobił więc wszystko, żeby nie zasłaniać toskańskich pagórków porośniętych winnicami i gajami oliwnymi. Podobno szewc zawsze bez butów chodzi. Powiedzonko nie sprawdza się na szczęście w przypadku architektów i designerów. Tylko spójrzcie na toskańską rezydencję Piera Lissoniego, włoskiego projektanta i mistrza minimalizmu.

 

– Wymyślając ją, miałem lekkie rozdwojenie jaźni, bo w jednej chwili byłem architektem, w drugiej klientem i nieustannie rozmawiałem sam ze sobą – wspomina Lissoni. – Ustaliłem wreszcie, że mój dom będzie podobny do dziecięcego szkicu. Czysty, prosty, bez dodatków.

 

OKOLICA

 

Zaprojektował go na łagodnym pagórku pod Maremmą, niedaleko wybrzeża Morza Tyrreńskiego i miasta Grosseto. Gdy siada na składanym krzesełku w pogodne zimowe popołudnie, kiedy powietrze jest przejrzyste, widzi z tarasu odległą o 85 mil Korsykę. Z drugiej strony jak okiem sięgnąć ciągną się mozaiki pastwisk, gajów oliwnych i lasów. Czasem widać pasterza, który wolno prowadzi owce na łąkę. Lissoni dorastał w Mediolanie i uważa się za stuprocentowego obywatela tej przemysłowej metropolii; tam studiował architekturę i otworzył pracownię, ale Toskanię zawsze miał gdzieś w tyle głowy. Jego dziadkowie mieszkali właśnie w Maremmie, a on jako chłopiec przyjeżdżał do nich na wakacje, jest więc to dla niego magiczna kraina dzieciństwa. W końcu zdecydował, że nadszedł czas, żeby do niej wrócić:

– Światło, cisza, piękno małych wioseczek na wybrzeżu i krajobrazów – z jednej strony plaż, z drugiej winnic – to uwodzicielska mieszanka. Kiedy przyjaciele powiedzieli mu o skromnej farmie, którą wystawiono właśnie na sprzedaż, natychmiast pojechał ją oglądać i już dwa dni potem podpisywał papiery u notariusza.

 

DOM

 

Siedział na szczycie wzgórza. Widoki z wszystkich okien ciągnęły się po horyzont, ale... nadawał się do wyburzenia. Lissoni zastąpił go własną wariacją na temat lokalnego budownictwa. Wielkość willi jest niemal identyczna, ale przekręcił ją nieco, żeby budynek lepiej wyglądał wśród starych dębów i żeby ochronić go przed wiatrem, który potrafi tu solidnie wiać. On, wielki architekt, sześć lat starał się o pozwolenie na budowę. Reszta poszła piorunem. Piero zaprojektował już w życiu wszystko – jego hotele stoją w Miami, Baden-Baden, Korei, Szanghaju, Singapurze, Tokio. Robił prywatne rezydencje dla milionerów i superjachty. Projektował meble dla słynnych firm: Cappellini, Cassina, Boffi, Kartell. – Mogę wymyślić zegarek dla Alessi, a dwa dni później wieżowiec – mówi. – Sekret tkwi w zdolności dostrzegania różnych kontekstów i umiejętności zmieniania skali. Dokładnie tak było, gdy mierzył się z własnym „zamkiem na wzgórzu”. Z jednej strony wyszedł bardzo współczesny, bo w innym ten mediolańczyk z krwi i kości nie potrafiłby się znaleźć nawet na wsi. Z drugiej – pokazuje wrażliwość projektanta na piękno kraj-obrazu i okolicznych farm. – Supernowoczesny, a jednocześnie całkowicie na-turalny. Tak właśnie wygląda dom, do którego uciekam przed miastem – dodaje. – Jest zaawansowany technologicznie, z cienkimi betonowymi ścianami na stalowej ramie, ale beton mieszałem z lokalną ziemią o niezwykłym różowym odcieniu zwanym „rosa”. Kolor ten nakłada się na ściany tradycyjnych domów. Dlatego mój też jest w pewnym sensie tradycyjny, nie będąc jednocześnie imitacją typowej wiejskiej posiadłości.

 

WIDOKI

 

Właściciel zatroszczył się o to, żeby architektura im nie zawadzała. Są wszechobecne dzięki olbrzymim oknom z okiennicami, które dają cień i chronią rezydencję, gdy właściciel pracuje w Mediolanie. Pod drewnianą markizą z przodu domu znajdują się zewnętrzny salon i jadalnia. W środku Lissoni stworzył otwarty plan na parterze, bez niepotrzebnych filarów i wsporników. Korytarz o podwójnej wysokości przechodzi przez strefę wypoczynkową z dwustronnym kominkiem, który ogrzewa również zewnętrzny salon. Pan domu ma zdrowy dystans do swoich osiągnięć zawodowych i nie chciał mieszkać w katalogu własnych projektów. Ma głównie prototypy swoich mebli, za to inni designerzy są dobrze reprezentowani: Lissoni lubi krzesła Jaspera Morrisona (stoją w salonie) czy klasyczne fotele LC2 Le Corbusiera (biblioteka). Towarzyszą im stare meble z farmy dziadków. Witryna, dzieło gospodarza (dla firmy Porro), subtelnie oddziela salon od kuchni. Ta jest lekką modyfikacją kolejnego projektu gospodarza, tym razem dla Boffi (pracował tam jako dyrektor artystyczny). Antresola z widokiem na otwarty korytarz mieści gabinet i bibliotekę.

 

WIELKA WŁOSKA RODZINA 

 

Nie bez powodu Lissoni przewidział tylko jedną sypialnię. Pomysł spędzania czasu w hałaśliwej gromadzie pełnej dzieciaków nie do końca mu odpowiada. – Jestem bardzo otwarty i towarzyski, ale... nawet bliskich zachęcam, by korzystali z miejscowych pensjonatów – mówi. – Lubię gotować, rozmawiać, pić wino, smakować niesamowite jedzenie, jednak nocą wolę bawić się w odludka. Zostaje wtedy sam na sam ze swoimi trzema golden retrieverami, puszcza rockowe kapele Four Seasons czy Sex Pistols tak głośno, jak lubi, i nikomu to nie przeszkadza. A czasem siada na tarasie i po prostu słucha wiatru. 

 

Tekst: Joanna Halena
Zdjęcia Richard Powers/Photofoyer
Współpraca: Alicja Trusiewicz

reklama