Widok na Central Park i taras o rozmiarach ogrodu. Słynna amerykańska gwiazda wyczarowała sobie „wiejski dom” w sercu metropolii.

 

Moja babka była genialną krawcową, dlatego mam fioła na punkcie tkanin. Mój ojciec z kolei był malarzem pokojowym. Dorastałam wśród ludzi, którzy żyli z pracy swoich rąk. Dlatego tak przepadam za rzemiosłem – mówi Bette Midler.

 

Wzięta amerykańska aktorka, piosenkarka i komiczka do nowojorskiego penthouse’u przy Piątej Alei wprowadziła się w latach 90. Widok na Central Park i jego największe jezioro zwane Rezerwuarem Jacqueline Kennedy musi odbierać mowę przeciętnemu nowojorczykowi, zajmującemu horrendalnie drogą klitkę. Ona, wychowana na Hawajach, po prostu musiała mieć zieleń, na horyzoncie i wokół siebie. Dlatego, oprócz fachowców z Frederick Fisher and Partners Architects, dekoratora Fernanda Santangelo, zlecenie dostali też architekci krajobrazu z Sawyer|Berson. Rzucili jej pod nogi dywany z trawy i pozwolili różom piąć się po fasadach.

 

Wnętrza miały być miksem stylów, bo Bette „jak się w czymś zakocha, to musi to mieć”. A kocha się tak samo mocno zarówno w starym skandynawskim rzemiośle, jak i w postmodernizmie grupy Memphis. Akwarelową paletę kolorów dociążyła „brązami z Mitteleuropy”, czyli meblami spod znaku Wiener Werkstätte, do inteligentnych rozmów przy kawie. Są z nią od lat 70., kiedy po świecie podróżowała ze swoim arbitrem elegantiarum – świętej pamięci Alanem Buchsbaumem, architektem, który pracował także dla Diane Keaton.

 

Razem z mężem Martinem von Haselbergiem większość czasu spędzają w salonie, w zalanym słońcem oszklonym wykuszu, który nazywają oranżerią. Rozłożeni na fotelach czytają gazety albo oglądają zawody rybitw i jastrzębi nad wodami rezerwuaru. Wieczorem zapalają lampiony zrobione „z gównianych starych kimon”, jak nie omieszka dodać Bette, urodzona po to, żeby rozśmieszać. Martin, fanatyczny kolekcjoner, twierdzi, że pociągają go „soczyste obrazy”. Z szerokimi impastami i grubą fakturą. Na ścianach wprawdzie nie ma wielkich nazwisk, ale za to byli o krok od kupienia obrazu Francisa Bacona. Mają jednak za słabe nerwy na licytację. Własną sypialnię Bette urządziła po parysku. Miękko i słodko, z szezlongiem i ścianą pokrytą pikowanymi tkaninami. Za to o sypialni Martina vis-à-vis skromnej i prostej, w mundurku z orzecha i rafii, mówi scenicznym szeptem: „To gabinet niemieckiego psychiatry”. Oczywiście bardzo zazdrości mu rygoru i przysięga, że chciałaby żyć jak mnich: „W pewnym wieku człowiek ma ochotę pozbyć się rzeczy”. Jedno jest pewne – kiedy pójdą pod młotek, chętnych będzie sporo. 

 

Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: William Waldron/Otto Archive

reklama