Rzadko buduje się więcej, niż jeden dom w życiu. Z Wojtkiem jest inaczej, to już jego czwarty. Przy każdym kolejnym czegoś się uczył i ten ostatni o mały włos nie wyszedł idealny.

Pierwszy dom był dla Wojtka za duży. Zbyt wielkie pomieszczenia, zero przytulności. W kolejnych też coś było nie tak – zły rozkład, za małe okna i znacznie, znacznie więcej. Czwarty dom zaczął budować dopiero wtedy, kiedy odkrył, czego tak naprawdę chce. Lubi olbrzymie przestrzenie, ale co zrobić, by jednocześnie było ciepło i przyjemnie?

Długo szukał pomysłu, jak połączyć niemożliwe, aż znalazł! To była szalona wizja architektoniczna. Dom stanął na górce, ale w dużej części został w nią wkopany. Pod ziemią znalazły się piwnice i garaże, czyli wszystko, co zdaniem Wojtka szpeciłoby ogród.

Na górze została „sama śmietanka” – salony, basen i siedem apartamentów. Każdy jak oddzielne mieszkanie. Nawet gdyby ćwiczyło w nich siedmiu muzyków rockowych, nie wiedzieliby o swoim istnieniu. Wojtek wygłuszył każde pomieszczenie. Cała posiadłość pewnie mogłaby przypominać jakiś hotel w kurorcie. Jednak kolejny pomysł sprawił, że rezydencja wygląda na zgrabny dom jednorodzinny.

Wojtek podzielił ją na cztery małe bryły. Jest zatem część mieszkalna, basenowa, coś dla kinomanów i miejsce wspólne – salon z oranżerią i kominkiem. Przygoda z budową domów zaczęła się wiele lat temu. – Kiedyś musiałem zrobić sobie przerwę w pracy. Miałem więcej czasu i odkryłem, że poza Żoliborzem są jeszcze w Warszawie i wokół niej miejsca, gdzie warto zamieszkać – śmieje się Wojtek.

Znalazł las, świeże powietrze, dobry mikroklimat, a wszystko na skraju Puszczy Kampinoskiej, tuż za granicami stolicy. Pewnie nie rozszalałby się z budowaniem, gdyby nie przypadek. Ktoś polecił mu ekipę górali, którzy pracowali w okolicy. Zaprzyjaźnili się i od tamtej pory każdy dom powstaje z ich pomocą.

– To klucz do sukcesu. Poznaliśmy się przez te wszystkie lata, polubiliśmy i mamy do siebie zaufanie. Nie musiałem stać przy chłopakach, patrzeć im na ręce. Nie sprawdziły się te wszystkie opowieści o góralskiej słabości do gorzałki. Zawsze byli bardzo solidni – wspomina Wojtek.

Poza tym cały czas uczył się na błędach. Teraz wie, że basen musi być ciut nad ziemią, żeby łatwiej było ogrzać wodę, że okna mogą być duże, ale koniecznie wypełnione gazem, bo tylko wtedy nawet zimą, gdy się przy nich stoi, jest ciepło. Tym razem niezadowolony był tylko z jednego – że nie wyłożył blatów kuchennych kaflami tylko drewnem. Absolutnie się nie sprawdziło i musiał je wymienić.

Najbardziej udał się basen, bez niego Wojtek nie wyobraża sobie życia. To od wizyty tutaj zaczyna dzień. – Codziennie kilometr w ramach porannej kawy – opowiada z uśmiechem. Jego sympatia do wody i światła bierze się z upodobania do Południa i żeglarstwa.

W każdej wolnej chwili Wojtek czmycha nad wodę. Na początku jeździł blisko – na Mazury, potem dalej do Jugosławii, Grecji, a teraz jeszcze dalej – na Majorkę, Baleary, Korsykę, Sardynię, Sycylię, a nawet do Gibraltaru.– Świat od strony wody wygląda znakomicie. Poznawanie lądów od morza to mój sposób na zwiedzanie. Nie trzeba używać samochodów, kupować setek litrów benzyny. Naturalny napęd to wiatr.

Od takich podróży jestem uzależniony – przyznaje z rozbrajającą szczerością. Dlatego kupił sobie willę na Majorce, blisko portu. Mimo że do morza może wyskoczyć z tarasu, wybrał ją spośród innych, bo na jednym z pięter jest… basen.

Słabość do żeglarstwa przekłada się też na styl, w jakim urządza domy. Białe skórzane kanapy jak na eleganckim jachcie, egzotyczne drewno merbau na podłogach i błękit płytek w łazienkach. Wyraźnie czuć zapowiedź kolejnej wyprawy. Dom urządził sam. Pomógł mu w tym krótki epizod z życia – był przez chwilę architektem wnętrz.

Najważniejszy jest kamień – ciepłe trawertyny w łazienkach, eleganckie greckie marmury na parapetach. Miało być ciepło jak na śródziemnomorskich wybrzeżach i funkcjonalnie. – Kiedyś miałem dużo biedermeierów. Meble ładne, ale szalenie niewygodne. Na takich kanapach sztywno się siedzi.

Teraz lubię styl kolonialny, bambusy i dużo światła – opowiada. Z wnętrz retro pozostały tylko dodatki, ale też po męsku dozowane. Fragment arrasu kupiony w desie – niepełny, w części spalony, czy egzotyczny materiał, który zdobi stół w jadalni. Te ciepłe akcenty pasują do jasnego kamienia i mebli ściągniętych z Indonezji.

Czasami inspiruje się pomysłami „znalezionymi” na szlakach. Robi wtedy zdjęcia. Tak powstała przepiękna ręcznie wykuta przez kowala balustrada. Ale najważniejszy i tak jest model jachtu z Mauritiusa. Stoi przy wejściu i, jak trofeum, symbolizuje ducha domu.


Tekst: Sylwia Urbańsla
Stylizacja: Dorota Karpińska
Fotografie: Rafał Lipski