Myślisz „pałac”, widzisz stiuki, antyki, kandelabry. Tu sprawy mają się inaczej. Po stawiku, zamiast majestatycznych łabędzi, pływają gęsi garbonose, a z antykami rywalizują szalone dizajnerskie pomysły. Istna pałacowa rewolucja.
 

Jego stuletnia historia może posłużyć za scenariusz pełen zwrotów akcji. Klasycystyczny pałac buduje poznański przemysłowiec, majątek się jednak rodziny nie trzyma. Kolejny właściciel też nie cieszy się nim długo, bo wybucha wojna. Później w pałacu jest szkoła. Wreszcie wpada on w oko małżeństwu biznesmenów. – Jeździliśmy po Polsce i zwiedzaliśmy takie miejsca, większość w fatalnym stanie. Pewnego dnia zadzwonił znajomy. – Niedaleko jest posiadłość na sprzedaż – mówi. Obejrzeliśmy ją i od razu zdecydowaliśmy o złożeniu oferty. Udało się – wspomina właścicielka. – Ale czekał nas generalny remont. Znajomi przyjeżdżali i patrzyli na budowę, nikt nie wierzył, że tam zamieszkamy. Gdy teraz oglądam zdjęcia z tamtego czasu, wcale im się nie dziwię. Wiara i optymizm bardzo nam się przydały, bo prace trwały 10 lat.
 

Wnętrza są odbiciem charakterów obojga właścicieli. Mąż lubi tradycję, historię, solidne i klasyczne rozwiązania. Meble w salonie, obrazy, serwantka, sypialnia, stoliki – to pamiątki rodzinne. Ona natomiast uwielbia wszystko, co nowe, intrygujące, prowokujące do myślenia. Piękne formy i ciekawe struktury. Ich dom musiał być pełen kontrastów. Klasyczne dywany i stateczne kredensy, antyczne lustra i szafy, a obok kuchnia laboratorium, futurystyczne lampy i modernistyczne kanapy. – Nie jesteśmy w XIX wieku, nie będziemy robić muzeum – mówi pani domu. – A sposobów na to, by dać nowe życie zabytkom, może być wiele. My postanowiliśmy urządzić w jednym z nich nasz rodzinny dom. I pokazać, że przeszłość i przyszłość świetnie się mieszczą pod jednym dachem.


reklama


 

Bartosz Konieczny jest trzecim architektem, do którego się zgłosili. Stworzone przez niego wnętrza widzieli „w akcji”, bo odwiedzili SPA_larnię w Puszczykowie, spa, które zaprojektował. – Wystraszyłem się, gdy do mnie zadzwonili – wspomina. – W życiu nie projektowałem pałacu, wolałem nowoczesne rzeczy. Byłem na IV roku studiów, właśnie wypoczywałem na Helu. Ale 1300 metrów to było wyzwanie. Wysokie pokoje, niesamowity hol, skala wnętrz taka, że normalne meble wyglądałyby w nich, jakby znalazły się w domku dla lalek.
 

Z właścicielami ustalił, że dom ma być surowy i nieprzesłodzony. – Nie chcieliśmy niczego udawać. Ale starałem się uchronić wszystko, co zostało, a wstawiając meble i nowoczesne detale, podkreśliłem to, co oryginalne – mówi. – Do tego stopnia szanowaliśmy tradycję, że gdy trzeba było wymienić więźbę dachu, z sosnowych desek zrobiliśmy stół dla 18 osób.
 

Mnóstwo tu zderzeń klasyki i dizajnu. Wrażenie jest elektryzujące, jak w przypadku Zeppelina, który przypomina obciągnięty welonem pałacowy żyrandol ze świeczkami. Taki duch przeszłości. – Kierunek wyznaczyły właśnie te lampy Marcela Wandersa. Widuje się je coraz częściej we współczesnych wnętrzach, ale efekt, jaki tworzą w pałacu, jest niepowtarzalny. Idealnie łączą stare z nowym. Mieliśmy z nim zabawną przygodę. Gdy przyszło pudło, elektrycy wzięli się do rozpakowywania. Usunęli tekturę i chcieli to samo zrobić z białym tworzywem. Na szczęście pani domu ich powstrzymała - wspomina ze śmiechem.
 

Z pałacowego tonu pomógł też spuścić... gips. Pokryto nim ściany i pomalowano bezbarwnym impregnatem. Nie stosowano rozwiązań „na bogato”, chodziło o wrażenie surowości. – I o grę między sacrum a profanum, która zresztą pojawia się też w innych miejscach. „Ostatnia Wieczerza” została na przykład wydrukowana na materiale do reklam. Tak połączyliśmy sztukę wysoką z formą ulicznego billboardu – opowiada architekt. – Właścicielka opowiadała nam, że pomysł spodobał się nawet księdzu, kiedy przyszedł po kolędzie.
 

Dzieci uwielbiają tu mieszkać, wszędzie ich pełno. Gonią się po amfiladowych pokojach, zjeżdżają po poręczy, latem łowią ryby w stawie, zbierają truskawki w ogrodzie warzywnym lub budują w parku szałasy. Każdy ma swoje miejsca. – Ale przy stole w kuchni spotykamy się wszyscy – mówi właścicielka. – Ja najbardziej lubię sobotnie śniadania. Nikt się nie spieszy, mamy czas... Dzieci przygotowują pyszne omlety z jaj z własnej hodowli, pieczemy chleb.
 

Wiosną i latem w parku jest przepięknie. Kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, tętni życie. Mąż się śmieje, że jak trenuje i biega, to z każdej strony wychodzą jakieś stwory. – Po parku spacerują kury, kaczki, gęsi, perliczki, pawie, bażanty, psy, koty – opowiada. – Gdy na to patrzę, czuję pełną harmonię ze światem.
 

Tekst: Joanna Halena
Zdjęcia: Leo Zappert
Stylizacja: Julka Paluszkiewicz