Jak na potomków szlachetnych rodów przystało porzucili miasto dla XVIII-wiecznej zamkowej farmy w malowniczym Montrésor.

Jerzy Szerauc po pradziadku Xawerym Branickim odziedziczył część ziem i zamku w Montresorze. Nic więc dziwnego, że zawsze ciągnęło go w strony, gdzie mieszka większa część jego rodziny, ale dla żony Jerzego przeprowadzka z Paryża była trudna. – Mąż jest radcą prawnym i kilka dni w tygodniu siedzi w mieście, ja musiałam całkowicie zmienić tryb życia – tłumaczy. W końcu jednak przekonała się do montresorskich okolic, ba, nawet bardzo je polubiła. Przecież Montrésor znaczy „mój skarb”. Teraz prężnie działa w radzie jednego z okolicznych miasteczek.

Zanim jednak tym się zajęła, musiała zmierzyć się z remontem trzystuletniej farmy, co okazało się poważnym wyzwaniem. Tym bardziej że oboje z Jerzym chcieli zachować nastrój sprzed wieków. W ich domu nie ma prawie nic nowego. Podłogi, framugi, schody – wszystko odzyskano z rozbiórki domów równie starych jak farma. – Schody są chyba najstarsze, mogą mieć nawet około sześciuset lat – chwali się gospodarz. Kominek w salonie, który trafił tu z jakiegoś zamku w południowej Francji, pamięta czasy gdzieś między Ludwikiem XIV a XV.

Odrestaurowała go konserwatorka z Krakowa, a natrudziła się przy tym niebywale. Okazało się bowiem, że ktoś już wcześniej próbował go odnawiać, ale bardzo niefachowo poskładał fresk. – Musiała nieźle się nagłowić, żeby wszystko wróciło na właściwe miejsce – wspomina z podziwem pan domu. Nawet kolor framug Jerzy odtworzył według XVIII-wiecznych wzorów. Nie było to proste, ale wyszło idealnie. – Tylko u mnie jest taki delikatny szarobłękitny kolor. Tygodniami go dobierałem i nikomu nie zdradzę receptury – zapewnia. – Zresztą, chyba mało komu zależy na tak pieczołowitym odwzorowaniu oryginału – dodaje.

Przydały się też wszystkie meble, które państwo Szerauc zgromadzili, mieszkając jeszcze w Paryżu. Nic dziwnego, bo są to XVIII-wieczne antyki. – Kiedy zaczynaliśmy je zbierać, nie myśleliśmy wcale o Montresorze, po prostu zawsze podobał nam się ten styl. A teraz pasują idealnie, jakby trafiły tu prawie trzy wieki temu i nigdy nie zmieniały miejsca – cieszy się Jerzy. Nie tylko farma to kawał historii, także stary ogromny ogród pełen jest tajemnic sprzed wieków.

Na środku podwórka stoi zabawny domek, w którym ukryty jest zbiornik na wodę, dziś już nieczynny. Swoje ujęcie w XVIII wieku miały tu tylko zamek i właśnie farma. Przy bramie jest z kolei studnia z korbą sprytnie ukrytą w cieniu żelaznego gargulca. – Popatrz – mówi z dumą Jerzy – to wszystko, co widzisz aż po horyzont, jest moje i nikt mi się tu nie wybuduje, nikt nie zakłóci widoku bez mojej zgody.

Ziemia jest zresztą dla Jerzego najważniejsza, bo dzięki niej może rozwijać swoje pasje. Grywa w golfa, jeździ konno (podobnie jak dorosłe córki: Amelia, Elżbieta i Wanda), ale przede wszystkim jest myśliwym. Jego pradziadek Xawery Branicki miał sforę psów i polował na dziki. Teraz rodzinne tradycje kontynuuje Jerzy. I to nie tylko myśliwskie.

Na farmie jest coś zupełnie niespotykanego w budynkach folwarcznych z tego okresu – piwniczka na wino. A gospodarz zaczął zbierać trunki już w młodości. Trzy czwarte swoich zakupów wypija, resztę dołącza do kolekcji. Ma wina z lat 50., 60. i 70., które otwiera na specjalne okazje. Najstarszy trunek pochodzi aż z 1896 roku, ale to już zabytek i do picia się nie nadaje.
 

Tekst i stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Fotografie: Joanna Siedlar

reklama