werandacountry.pl werandaweekend.pl

Dom-patchwork Bożeny Łęckiej

Stylowe i przytulne

Dom–patchwork, uszyty z przedmiotów pamiętających różne epoki i miejsca. Urządziła go artystka, która wie, jak z niepozornych kawałków stworzyć intrygującą całość.

Bożena Łęcka nie usiedzi długo w jednym miejscu. Już od kilku dni próbuję się z nią skontaktować. W końcu łapię ją we Francji. – Raz do roku jadę do Paryża pobuszować po Marché Saint Pierre niedaleko bazyliki Sacré Coeur – tłumaczy. – To jeden z największych magazynów z tkaninami.

Wynajduję tam resztki starych gobelinów, żakardy i aksamity ze słynnej francuskiej manufaktury Aubusson... Po drodze zaglądam na marché aux puces, pchle targi: a to wyszperam jakąś sukienkę, a to kolorową spódnicę, czasem zasłonę czy nawet podartą kotarę – opowiada. Potem zwozi swoje skarby do domu w Konstancinie i zabiera się do pracy.

Od ponad dwudziestu lat Bożena robi patchworki. – Już jako dziewczynka uwielbiałam wyciągać z szafy stare sukienki i przerabiać je: coś odpruwać, coś doszywać, kroić i łączyć w nowe wzory – wspomina. – W 1974 roku odwiedziłam przyjaciółkę w Londynie. Któregoś dnia wybrałyśmy się do Victoria and Albert Museum i tam po raz pierwszy zobaczyłam patchwork.

Dwa lata później w warszawskiej galerii Grażyny Hasse miałam swoją wystawę – opowiada. Od tamtego czasu zgłębia historię tej starej techniki. – Patchworki trafiły do Europy w XI wieku, robiono je ze sztandarów krzyżowców powracających z Palestyny – opowiada artystka.

Zadomowiły się zwłaszcza w krajach protestanckich, bo praca nad nimi ćwiczyła cnoty cenione tu najbardziej: cierpliwość i umiejętność oszczędzania. Z patchworków (jednolitych, bez deseni) słyną zwłaszcza pensylwańscy amiszowie, sami je barwią na granatowo, czerwono, zielono. – W Anglii, gdy rodziła się dziewczynka, przechowywano wszystkie jej sukienki. Potem szykując dla niej ślubną wyprawę, wycinano z nich fragmenty tkanin i szyto narzutę – dodaje.

Jej pracownia w podwarszawskim domu musi pomieścić nawet trzymetrowe stelaże, na których rozwieszone są patchworki. Skrawki materiałów trzyma w XIX-wiecznej szafie, którą znalazła kiedyś w antykwariacie w Konstancinie (dziś już nie istnieje). Na podłodze walają się ścinki tkanin, przez oparcia krzeseł przewieszone są zasłony z odzysku, na manekinach wiszą ubrania.

Gotowe poduszki i pledy zdobią kanapy. – Patchworkiem może być tak naprawdę wszystko: obicie fotela, kotara, obraz na ścianie – tłumaczy artystka. – John Galliano i Christian Lacroix wykorzystują patchwork w projektowanych przez siebie ubraniach. To filozofia życia. Patchwork przypomina też dom Bożeny. Meble i przedmioty pochodzą z różnych epok i miejsc. Kuchenny stary kredens to prezent od Franciszka Starowieyskiego, z którym się przyjaźniła.

– Franek nie wierzył, że zdołam sama postawić dom – opowiada artystka. – Kredens trzymał na klatce schodowej. Pewnego dnia powiedział: „Jak zbudujesz dom, stanie u ciebie”. I stanął – śmieje się Bożena. Od artysty dostała też XVII-wieczne biurko. – W zamian podarowałam mu stare świeczniki, bo Starowieyski bardzo lubił takie żelastwo – uśmiecha się.

Obok biurka postawiła fotel obity tkaniną z manufaktury Aubusson, a czerwony żakard na ścianie wypatrzyła na paryskim pchlim targu. Są też fajansowe talerze z manufaktury w Rouen – sinoszare, z grubym ciemnobrązowym dnem, a pośrodku koronkowym wzorem, francuskie lustro, niebieska malowana szafa. – Lubię rzeczy przeorane przez czas i tylko z naturalnych materiałów – tłumaczy Bożena.

Dom budowała... pod meble. Wszystkie rozwiązania wymyśliła sama. Kuchnię tak zaprojektowała, by zmieścił się kredens, okno w holu powstało specjalnie dla XIX-wiecznego witrażu z oryginalną ołowianą konstrukcją. Wnętrze pomyślane zostało jako duża otwarta przestrzeń.

– Wcześniej wynajmowałam małą klitkę i obiecałam sobie, że będę mieszkać z rozmachem – śmieje się Bożena. Tym bardziej że wciąż przybywa przedmiotów. Teraz z Paryża znów zwiezie nową porcję tkanin. – I jeszcze dwa kopytka, bo ostatnio spodobało mi się robienie butów i spróbuję nowego fachu – dodaje artystka.

– Zainspirowała mnie Olga Berlutti, słynna projektantka obuwia, u której kiedyś pracowałam. Pantofle zamawiają u niej znani artyści, politycy, piłkarze, a nawet papieże, choćby nasz papież Jan Paweł II nosił jej buty. Jeden trzewik już zrobiłam, z pawim piórem. Teraz będą kolejne...


Tekst: Monika A. Utnik
Stylizacja: Grażyna Bieganik
Fotografie: Andrzej Pisarski

reklama