reklama

Dworek jak malowany

Stylowe i przytulne

To jest historia o odkurzonych marzeniach. Mieliśmy zamieszkać w nowoczesnym parterowym domu, ale kiedy architekt zobaczył działkę ze stawem i romantyczną wysepką pośrodku, zaprotestował.

Przekonał nas, że może tu stanąć tylko dworek. I stanął. Taki, o jakim marzyłam, będąc jeszcze dzieckiem – śmieje się Monika.

Zanim powstał ten wysmakowany dworek, było tu... wielkie nic. Połacie chaszczy, busz krzaków, sterczących badyli i gruzu. Dziś przejezdni myślą, że to stary dworek. Zwodzą ich klasyczne proporcje, no i ta imponująca przyroda.

Mąż Moniki podszedł do sprawy trochę jakby bez znajomości kobiecej duszy: zabrał żonę na miejsce i próbował przekonać, że kiedyś wśród tego zielska stanie ich wymarzony dom. A może właśnie dobrze ją znał, bo mimo wielkiego zwątpienia jednak się zgodziła.

Trzeba przyznać, że miał dużą siłę przekonywania. To dlatego, że od lat marzył o dzikim ogrodzie, z oczkiem wodnym i z wyspą, na której można od wiosny do jesieni urządzać przyjęcia. I to wyspa przesądziła sprawę – nie było mocnych! Zaczęli szukać architekta, który zaprojektowałby im prosty, parterowy dom. Ale projektant po obejrzeniu działki powiedział: – Żaden sześcian! Wyłącznie dworek. – Na szczęście – uśmiecha się Monika – bo to było moje marzenie z dzieciństwa. Może dlatego lekko przykurzone i niemal zapomniane.

Siła perswazji architekta zmiotła z marzeń wszelki pył i stanęło na dworku. – Później jeszcze wiele razy pan Zenon Wiśniewski naprowadzał nas na właściwe tory. Praktycznie robił z nami, co chciał, ale wyszło to wszystkim na dobre. Zadawał mnóstwo „dziwnych”, jak im się wtedy wydawało, pytań: a to, ile dokładnie osób zasiada najczęściej przy stole, a to, jak lubią spędzać czas i ile godzin dziennie im to zajmuje. Potem ułożył sobie wszystko w głowie i salon wyszedł o połowę mniejszy (ale to dobrze, bo jest przytulniej), za to hol rozległy (jeszcze lepiej, bo Monika i Robert uwielbiają tańczyć i gdy pojawiają się goście, hol zamienia się w dance floor).

Po architekcie w puste mury wkroczyła Bożena Kocój, projektantka wnętrz. Poznali ją jako malarkę starych mebli, które zresztą szybko zagościły w tym domu. Monika, zachwycona malowanymi sprzętami, dała Bożenie wolną rękę. No i zaczęło się! Kolory, materiały, pomysły na urządzenie i dekoracje. Meble, sprzęty, dodatki płynęły do właścicieli dworku przez morze – znajdowane na aukcjach w Sztokholmie przez siostrę pani Bożeny.

Aż pewnego dnia Monika dostała na imieniny spory kredens. Stanął w salonie i gryzł się nieco z malowanymi mazurskimi starociami, ale że był raczej nie do ruszenia (prezent od mamy), to malowane sprzęty musiały się poddać i po kolei wędrowały na poddasze. Reprezentacyjną część domu zaczęły wypełniać stylowe kredensy (z giełdy w Słomczynie), ciężkie tkaniny, rozłożyste siedziska, gustawiańskie lustra i lampy.

Dwie rzeczy w domu Monika zrobiła na własną rękę, bez konsultacji z projektantką. – I to były ostatnie dwie rzeczy – zapewnia. Pierwsza to dębowe meble do kuchni. Na ekspozycji w sklepie wyglądały całkiem znośnie, ale po zamontowaniu okazało się, że mają okropny kolor, który do niczego nie pasuje. Monika z Bożeną spędziły więc kilka godzin, wcierając białą farbę we fronty, żeby jakoś je rozjaśnić. Później, gdy do kuchni trafiła efektowna tapeta w koguty, meble zostały całkiem przemalowane, dołączyły do nich pomocnik i stół z ciemnego drewna oraz żyrandol i dwie ptasie klatki z Almi Décor.

Druga to kolor ścian w sypialni – łososiowy, drastycznie odbiegający od subtelnej perłowej szarości reszty domu. – Na szarość godziłam się z oporami, ale błyskawicznie się do niej przekonałam. Za to sypialnia, hmmm, mam nauczkę. Ale mimo to uwielbia ją i, jak tylko może, przenosi się tam: czyta, odpoczywa, prasuje, ogląda filmy. Podobną miłością darzy tylko kanapę w salonie.

Gdy przyjeżdżają do niej przyjaciółki, natychmiast wybiegają na słońce, na wyspę. A Monika spokojnie czeka, kiedy się nacieszą naturą i wrócą do domu, żeby po ludzku rozsiąść się na kanapie.

I śmieje się, że jest domatorką do kwadratu, na szczęście nigdzie nie musi wyjeżdżać – wyspę ma za domem. Własną.

Tekst: Michalina Kaczmarkiewicz
Zdjęcia: Małgosia Sałyga, Mariusz Purta

reklama