Zanim znalazła ten jeden jedyny, Anna zwiedziła czterdzieści dziewięć warszawskich strychów. Podziwu godny upór. Płoszyła stada gołębi, zakłócała spokój kloszardów. I nie traciła nadziei.

Za każdym razem musiałam dotrzeć do dozorczyni kamienicy i przekonać ją, żeby pokazała mi poddasze. A to nie zawsze było łatwe – wspomina Anna. Po kilkumiesięcznych poszukiwaniach wpadł jej w oko strych w narożnej części budynku. Nie dość, że dojeżdżała do niego winda, to jeszcze był w świetnym punkcie – w pobliżu znajdowało się dużo sklepów, teatrów i zieleni.

– Gdy po raz pierwszy zobaczyłam to poddasze, panował tam straszny bałagan. Pełno ptasich piór, starych gniazd, ale od razu wiedziałam, jak chcę je urządzić – opowiada Anna. Zdecydowała, że podniesie dach. Wstawi dużo okien (ostatecznie jest ich aż trzydzieści dziewięć, w tym siedem dachowych).

Wydzieli miejsce na salon z kominkiem, koniecznie na środku. Gdzieś z boku urządzi sypialnię z łazienką oraz pokój do pracy, biuro połączone z biblioteką. To miał być jej „dwór” w centrum miasta. Remont trwał dwa lata i nie brakowało dramatycznych momentów.

Kiedy dach był zerwany, nadciągnęła burza, a budowlańcy nie mieli specjalnych plandek na wypadek deszczu. – Gdy to usłyszałam, zesztywniałam. Wyobraziłam sobie, jak woda zalewa kolejne piętra kamienicy. Jakimś cudem załatwiłam te plandeki. Rozciągaliśmy je już w pełnym deszczu. I całe szczęście, bo nawałnica trwała do rana – wspomina właścicielka. – Mój strych, z racji narożnego położenia, przyrównuję do kawałka tortu albo do jaskółczego gniazda. Kiedy ktoś mnie pyta, gdzie mieszkam, odpowiadam: „na jaskółce” – tłumaczy Anna.

Jej „gniazdo” ma przedwojenny wystrój. Meble, dywany i bibeloty znalazła sama, często w różnych zakątkach świata, bo niezależnie od miejsca, chętnie myszkuje po sklepach ze starociami. Przedmioty, które przywozi, niekoniecznie są wartościowe, ale zawsze niepowtarzalne. – Nie kieruję się modą, wybieram to, co mi się podoba – tłumaczy Anna.

Najbardziej lubi secesję, w poszukiwaniu rarytasów z tej epoki przetrząsnęła już niejeden wiejski strych. Może trafiło tu coś z sąsiedniego dworu? Czasem zwykłemu meblowi dodaje kwietne rzeźbione motywy. Nieraz wystarczy jeden detal, aby udało się odtworzyć cały mebel. Tak powstała czerwona szafa do przedpokoju, nocne stoliki czy biblioteka.

Z dalekiej podróży Anna przywiozła starą arabską srebrną biżuterię, którą trzyma w serwantce w salonie. Bardzo o taką trudno, bo zwyczaj nakazuje, żeby po śmierci kobiety wszystkie jej ozdoby przetopić. Arabowie wierzą, że biżuteria przejmuje cechy właścicielki – te dobre i te złe. Z kolei ścianę zdobi ogromny, bardzo dekoracyjny gobelin z Birmy. Anna wypatrzyła go w Tajlandii, w sklepie z... butami.

Służył jako wejściowa kotara. – Właściciel chciał go wyrzucić, bo Birma i Tajlandia ciągle ze sobą walczyły i dzieło wroga było dla niego bezwartościowe. Oddał mi go za grosze – opowiada Anna. Przed gobelinem ustawiła turecki warsztat pucybuta kupiony w Stambule. Teraz wybiera się w podróż po Kambodży, Laosie i Wietnamie. Pewnie i stamtąd przywiezie jakieś niezwykłe bibeloty.


Tekst i stylizacja: Ewa Orłoś
Fotografie: Joanna Siedlar