reklama

Dyskretny urok dizajnu

Stylowe i przytulne

Buntowniczka, antyglobalistka i awangardowy muzyk zamieszkali w szacownej przedwojennej kamienicy i urządzili się w zgodzie z mieszczańską tradycją.

Zanim Miłka trafiła na warszawską Ochotę (i na Kubę, z którym właśnie bierze ślub w złotoszarej sukience i złotych conversach), przewędrowała z rosnącą stertą starych mebli i innych leciwych drobiazgów przez sześć innych mieszkań. Staromodnych, niedoskonałych, za to z duszą, bo tylko w takich właściciele mogą urządzić się po swojemu. Były więc bajecznie kolorowe ściany i złote listwy przypodłogowe, fantazyjnie malowane meble z odzysku. Beztroska zabawa w mieszkanie. A teraz? Teraz jest inaczej, bardziej na poważnie.

W eleganckiej dzielnicy, w rasowej kamienicy, z mężem muzykiem. Mieszkanie (po babci Kuby) przeszło poważną metamorfozę, by wyglądać tak niepozornie klasycznie. – Poświęciłam na remont rok życia, nawet zawiesiłam swoje studia, inaczej by się nie dało – mówi Miłka. Sporo wymyśliła sama, ale pomogli jej też przyjaciele. Magda Kiełkiewicz i Kuba Gurnik podpowiedzieli praktyczniejszy rozkład (gdzie ścianę wyburzyć, a gdzie postawić), polecili dobrych fachowców.

Plan był taki, żeby w mieszkaniu ocalić jak najwięcej tego, co stare. Udało się tylko z porządnymi skrzynkowymi oknami (odrestaurował je prawdziwy specjalista z pasją, Dominik Zawadzki), reszta była zbyt zniszczona. Drzwi przenieśli więc razem z futrynami z mokotowskiej pracowni Kuby. Nie są tak dostojne, jak oryginalne, ale wiarygodniejsze niż jakiekolwiek współczesne. Ukłonem w stronę tego, co minione, jest kuchenka – stojąca oddzielnie, wbrew modzie na umieszczanie wszystkiego w jednym ciągu roboczym, wbrew namowom znajomych. Kiedyś w tym miejscu stała prawdziwa węglowa. Ta nowoczesna jest więc małym hołdem – podobnie jak płytki Pun firmy Ascot na ścianie – dla mieszczańskich kuchni z lat 30.

Pomysł na wystrój był prosty: połączyć rzeczy nowoczesne ze starymi. – Miałam sporo mebli, których nie umiałam się pozbyć, ale nie chciałam też, żeby mieszkanie było przytłoczone a'la antykami – tłumaczy Miłka. Jest więc szafa (prezent ślubny rodziców), biblioteczka po cioci, stół po babci, lecz wszystko w otoczeniu młodego dizajnu: włoskich krzeseł Pedrali, geometrycznej kanapy filcowej Noti, stolika-ducha marki Habitat, plastikowej szafki i lamp z Kartella. Jako tło Miłka wybrała nowoczesną, rozświetlającą biel. Również na podłodze z żywicy epoksydowej, która bardzo rozjaśnia mieszkanie.

Najważniejszy dla niej mebel, biurko, stoi w sypialni. – To moja realizacja postulatów Virginii Woolf: własny pokój i 500 funtów rocznie! – śmieje się. Feministką jest, odkąd pamięta. Dziewczyną z przeszłością: kontrkultura, antyglobaliści, anarchiści, ruchy punkowe. Aktywistką. – Ale teraz już nie walczę z wiatrakami, staram się moje idee wprowadzać w życie małymi krokami. Próbuję wsiąknąć w klimat Ochoty, robić coś dla dzielnicy.

Kuba spędza dużo czasu w swojej muzycznej pracowni. Nowy wygląd mieszkania, które znał od dziecka, w końcu zaakceptował. Ale było mu ciężko, bo nie przepada za zmianami. Na szczęście obyło się bez wielkich tarć o parapety czy kolor ścian.

Urządzanie mieszkania to podobno jedno z najtrudniejszych doświadczeń pary, bardziej nawet stresujące niż ślub. Za niewinnym słówkiem „remont” kryje się ogromna rafa. – Nam jakoś udało się ją ominąć. Pomyśleliśmy więc, że możemy zaryzykować z tym drugim. Za tydzień bierzemy ślub.

Tekst: Michalina Kaczmarkiewicz
Fotografie i stylizacja: Katarzyna Sawicka

reklama
reklama