W tym domu nic nie może być nowe. Najlepiej, gdy ma ze sto lat. A jeśli wygląda na młodsze, Basia wie, jak to zmienić.

Dom nawiązujący trochę do architektury hiszpańskiej, trochę do poniemieckiej z Dolnego Śląska, powstał w wyobraźni Basi dawno temu. Wyszła z tego całkiem udana mieszanka. Klasyczny grabiony tynk łączy się tutaj z łupkiem. Całość doskonale wpasowuje się w podwrocławski pagórkowaty krajobraz i działkę z widokiem na stare lipy, dęby i buki. Ponieważ różni się od okolicznych domów, wzbudza ciekawość. Nie ma tutaj gładzi, kolorowych tapet, podłóg na wysoki połysk czy mieszczańskiej porcelany w kwiatki. Wszystko wymyśliła w nim gospodyni, Barbara Kuciapska-Zając, malarka, graficzka, projektantka wnętrz i ogrodów, która lubi klimaty bardziej mroczne, tajemnicze i rzeczy sponiewierane przez czas.

Wewnątrz wszystko wygląda na starsze, niż jest w rzeczywistości. Kuchenne szafki, regały na książki, schody, choć mają zaledwie kilka lat, po zabiegach Basi wyglądają, jakby pamiętały początki zeszłego stulecia. Nawet na stropową belkę wybrała w tartaku drewno najgrubsze i najbardziej spękane. – Podoba mi się proste, wręcz siermiężne rzemiosło, gdy widać, że było robione z sercem. Rzadko kupuję rzeczy nowe. Dla mnie wyszczerbiony talerzyk, kubek z utrąconym uszkiem czy rysa na podłodze to nie problem. Lubię takie usterki. Kiedyś wypatrzyliśmy w desie trzystuletnie lustro, ale było zbyt złote i błyszczące, więc je po swojemu oszpeciłam – śmieje się Basia. – Pomalowałam ciemną farbą i teraz wygląda, jakby było z giętego metalu, a nie z drewna.

Stare i piękne rzeczy potrafi przywieźć nawet z dalekiej podróży. Kuchenna deska do krojenia przyjechała aż z Tunezji. Na samo wspomnienie tej historii Basia zaczyna się śmiać. – To bardzo ciężki dwunastocentymetrowy plaster drewna egzotycznego. Taszcząc go, musiałyśmy z córką wyglądać podejrzanie, bo celnicy długo nam się przyglądali. Nie mogli zrozumieć, po co nam ten kawał drewna z sękiem. Trudno było im wytłumaczyć, że jest po prostu piękny. Bałyśmy się, że nas zatrzymają albo go zabiorą.

Zdarza się jednak, że nowe rzeczy starzeją się w okamgnieniu bez jej udziału. – Byliśmy na wakacjach we Włoszech, gdy zadzwonili sąsiedzi – wspomina Basia. – Zaniepokojeni opowiadali, że z naszego nowo wybudowanego domu i muru odpada tynk – opowiada rozbawiona. Tynk nie był zwykły, ale drapany. Ledwo znalazła fachowca, który potrafił go położyć. Do tego wymarzyła sobie kolor gliny. Ktoś podpowiedział, że taką barwę ma piasek z okolicy, ale zalegający dość głęboko pod ziemią. Przywozili go taczkami. I faktycznie kolor wyszedł idealnie, jednak nikt nie przewidział, że ten piasek nie jest dobrym spoiwem i zaczął się sypać. Pracę trzeba było poprawić. – Dodaliśmy zwykły piasek, a upragniony kolor uzyskałam dzięki pigmentom – mówi Basia. – Poprawiliśmy ściany domu, mur zostawiliśmy obdrapany i wygląda cudnie. Niektórzy goście pytają, z którego jest wieku.

Równie leciwy co dom jest też ogród, który dopełnia całości. Jak przystało na południowe klimaty, po ścianach pnie się winobluszcz, winorośl i glicynia. – Muszę ich pilnować, zwłaszcza glicynii, bo jest bardzo niebezpieczna. Ma niszczycielską siłę – mówi gospodyni. – Oplata się jak wąż boa i szybko drewnieje. Potrafi zgnieść rynnę, przewrócić dużą pergolę. Do trawnika nie mam serca i opiekują się nim mój mąż i tata. Zauważyłam jednak, że podświadomie z roku na rok go zmniejszam.

Choć dom jest mroczny, nie brakuje w nim światła. Wpada przez wielkie okna i krąży po całym wnętrzu, wyłaniając z mroku coraz to nowe kształty. Basia, Krzysztof i Julka uwielbiają siedzieć na parterze i rozkoszować się tym widokiem. Zawsze towarzyszy im trzynastoletni dalmatyńczyk. – Nazwaliśmy go Banan, bo jak był młody, uwielbiał ten owoc. Teraz zajada się marchewką, ale przecież z tego powodu nie będziemy mu zmieniać imienia.

Tekst: Renata Barańska
Fotografie: Joanna Siedlar
Stylizacja: Barbara Kuciapska-Zając