By odkryć skarby, nie trzeba wcale jechać do Egiptu czy Meksyku. Można po prostu kupić starą willę na wsi…

Sue i Paul mają w sobie coś z Indiany Jonesa. A że nie dane im było zostać archeologami, spełniali się, przekopując pchle targi, bazary czy komisy w poszukiwaniu rzeczy z duszą. Dla innych to bezużyteczne klamoty, dla nich obiekty pożądania. Kiedy kupili dom z 1929 roku, nie spodziewali się, że właśnie w nim odkryją najcenniejsze zdobycze.

Pierwsze od razu na początku, podczas remontu kuchni. – Ciężka szlifierka, która spadła z hukiem, uszkodziła kawałek podłogi, a w zasadzie coś, czym była pokryta. Okazało się, że pod płytą ze sztucznego tworzywa ktoś ukrył przepiękny drewniany parkiet sprzed 80 lat! – wspomina pani Green. I tak przez wydawałoby się pechowe zrządzenie losu (szlifierka poszła do naprawy) dom ukazał się im z zupełnie innej strony. – Czuliśmy się niczym poszukiwacze skarbów. Każde odkrycie było dla nas jak wygrana na loterii! – opowiada Paul. Na kolejną nie musieli długo czekać.

Sue marzyła o przeszklonych drzwiach ze szprosami, które wpuszczałyby nieco więcej światła do pokoi. Szkoda jej było jednak tych, które odziedziczyli po poprzednim właścicielu. Wzięła się więc za zdzieranie lakieru, by potem pomalować je na biało.
Zakasała rękawy, włączyła opalarkę. I po chwili okazało się, że środek drzwi przykrywa nie drewno, a sklejka, a pod nią są witrażowe szybki przecięte kratką szprosów! W tym samym czasie Paul razem z ekipą zrywał płyty i panele z sufitów w sypialniach na piętrze. Lubili skosy i spadki poddaszy, chcieli odzyskać je spod gipsu i tektury. Gdy Sue zawołała męża, żeby zszedł zobaczyć jej odkrycie, Paul odwdzięczył się tym samym. Dokopał się bowiem do drewnianej konstrukcji podtrzymującej dach. Wiekowe dębowe belki stały się ozdobą pokojów na piętrze.

Jedną z nielicznych rzeczy, której jednogłośnie postanowili się pozbyć, był kominek w salonie. Ciężki, z czerwonej cegły, nie pasował do nowego domu. Burząc go, nie natknęli się na żadne wykopalisko, chociaż zachęceni poprzednimi czekali z niecierpliwością, czy spod starych cegieł nie wynurzy się jakaś perełka.

Sue zaczęła więc szukać nowego kominka. Szperając w komisie z antykami w sąsiedniej miejscowości, znalazła wreszcie ideał. Z uwagą oglądała każdy element, gdy nagle zobaczyła napis: „Wheeler, Surrey 1929”. Po krótkim śledztwie stwierdziła, że… obudowa wróciła na swoje miejsce! „Podpisał” ją pierwszy właściciel domu i sprzedał za bezcen. Wędrowała z rąk do rąk, aż trafiła do komisu i wreszcie do domu Sue i Paula. – I jak tu nie kochać staroci – uśmiechają się Greenowie.

I pomyśleć, że mogli mieszkać zupełnie gdzie indziej. Na swoją wyspę skarbów w Surrey, 50 kilometrów na południowy zachód od Londynu, natknęli się przecież przypadkiem. Jechali właśnie na spotkanie z agentką nieruchomości, która chciała im pokazać zupełnie inny dom…

Tekst: Maggie Colvin/ Ipc media
Tłumaczenie: Dorota Paśniewska
Fotografie: Robert Sanderson/Ipc media