reklama

Pałacowe wnętrze w poznańskiej kamienicy

Stylowe i przytulne

Żyrandol jak kaskada lodowych sopli, lustro jakby pokrył je szron. A jednak ciepło tu i przyjemnie. Jakieś czary?

Bez kominka w stylowej kamienicy można żyć, ale co to za życie? Przy buzującym ogniu najlepiej się rozmawia, wspomina i plotkuje. Kominek to doskonały kompan choinki i rodzinnych fotografii. Odtrutka na chandrę. Organizuje całe życie w salonie i jeszcze może być jego główną ozdobą. Co zrobić, kiedy nie można go mieć, bo deweloper na to nie wpadł – nie zrobił przyłączy kominowych i wentylacji?

POSTARZYĆ NA NOWO

Brygida, z wykształcenia scenografka, do spółki z projektantką Anną Matuszewską-Janik wpadły na ciekawy pomysł – do stylowej kamiennej oprawy włożyły lustro maskujące palenisko, a przed nim ustawiły świece. Niby atrapa, a jednak buzuje w niej żywy ogień, zdwojony w dodatku przez lustrzane odbicie. Cała ta teatralna nieco instalacja ma jeszcze jedną zaletę – optycznie powiększa wnętrze.

Choć ono nie jest małe – apartament Brygidy i Łukasza powstał z połączenia dwóch mieszkań w starej kamienicy na poznańskim Łazarzu – to dało ponad 160 metrów kwadratowych w amfiladowym układzie. Mówiąc krótko, prawie pałacowo. Dla projektantki, przed którą nie postawiono żadnych ograniczeń finansowych, było to zlecenie marzeń. Żadnych zamienników, kompromisów, zaprzyjaźniania się z kalkulatorem. Jedyna trudność, z jaką wszyscy musieli się zmierzyć, to były pomysły dewelopera (poza sprawą kominów oraz skutych przez poprzednich właścicieli i nieodtworzonych sztukaterii). Był łaskaw położyć podłogę z żółtawych sosnowych desek.

DĘBOWA PODŁOGA I SZTUKATERIA

W Paryżu coś takiego by nie przeszło – panie zrozumiały to bez słów. Bez wahania zerwały nową podłogę, by położyć w jej miejsce szlachetnie postarzoną, z dębu, układaną z szerokich desek. Żeby przywrócić ścianom dawną świetność, zamówiły sztukatora, który odtworzył wzory z… mieszkania na innym piętrze (tam, traf chciał, gipsowe cuda ocalono). Na szczęście stolarka drzwiowa pozostała z dawnych czasów, fachowiec dorobił tylko nowe drzwi – niezbędny łącznik między mieszkaniami.

CZARODZIEJSKIE LUSTRO

Już od progu wnętrze wita rozmachem, jakby ktoś rozwinął przed nami odświętny dywan. A to utkana z paciorków włoskiej Bisazzy mozaika biegnąca przez amfiladę do odległej kuchni. Może kojarzyć się też z wybiegiem dla modelek, zwłaszcza że po lewej nie sposób nie zauważyć spektakularnej garderoby – w barokowych witrynach stoją najlepsze pantofelki i torebki, a za nimi w lustrzanej zabudowie można się przeglądać ze wszystkich stron.

W salonie bohaterem numer jeden jest żyrandol Ochre. – Ta kaskada szklanych sopli waży 50 kilogramów, 12 godzin trzeba ją montować, a na koniec robi wyrwę w podwieszanym suficie – śmieje się architektka. Zrobiliśmy specjalne wzmocnienia. Z lustrem też nie było lekko. Drżeliśmy, kiedy było wnoszone, bo kosztowało dużo więcej niż samochód, którym je przywieziono. Wygląda bajkowo, jakby dotknęła je sama Królowa Śniegu.

ŻYRANDOL JAK BIŻUTERIA

Bardziej zdobi, niż służy do przeglądania się – ma zaszronioną, jakby zaśniedziałą powierzchnię. Podobnie ma się sprawa z żyrandolami. Projektantka uważa, że powinny być jak biżuteria na kobiecie – dekorować, zachwycać. A do oświetlania niech służą lampy, których praktycznie nie widać. Dyskretne reflektorki.
 
SPAWANIE I PALENIE

Okazało, że Anna i Brygida nadają na tych samych falach – pomysły przechodziły bez zbędnych dyskusji; poza tym właścicielka ujawniła swój talent łowcy. Kiedyś zobaczyła w zachodniej gazecie krzesło. Wyglądało nieziemsko – jak origami poskładane z polerowanej blachy. Bardzo chciała je mieć. Napisała do autora, Zhoujie Zhanga, dizajnera z Hongkongu. – Mebel powstawał przez pół roku – opowiada Anna. Był laserowo wycinany z płatów stali, spawany, ręcznie szlifowany i polerowany. Co tydzień Zhang przysyłał filmik z kolejnego etapu prac. Co za pieczołowitość! Przynajmniej od początku do końca było wiadomo, ile pracy wymaga zrobienie tak niezwykłego mebla i że nie schodzi on ze zwykłej fabrycznej taśmy.

Kolejne krzesło, które podbiło serce Brygidy, to słynny Smoke Chair marki Moooi, którego wykończenie polega na... spaleniu. Taki „węgielek” stanął w śnieżnobiałej sypialni vis-à-vis toaletki. O krzes- łach w tym domu można by snuć historie w nieskończoność.

Następne w kolejce byłoby to łazienkowe – ma siedzisko, w którym odciśnięta jest kobieca sylwetka. Na koniec to wiszące na linie w sypialni – wygląda bardziej jak obręcz, na której można porobić różne ewolucje. Początkowo miały być dwa kółka, ale Łukasz zaprotestował. Dzięki temu mają więcej miejsca dla siebie. l

Projektantka: Anna Matuszewska-Janik
pracownia KREACJA PRZESTRZENI
Projektuje wnętrza prywatne i komercyjne, meble oraz elementy wyposażenia. Ważne są dla niej detale. Woli dekoracyjność niż minimalizm, dlatego często słyszy, że jej wnętrza są bardzo kobiece. Lubi nietypowe, intrygujące rozwiązania i współpracę ze świadomym, otwartym na nowe pomysły klientem.

Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Radosław Wojnar
Sylizacja: Eva Milczarek

reklama