werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Salon klubowy

Stylowe i przytulne

Ten dom powstał z tęsknoty za prawdziwym klubem, w którym po turnieju polo dżentelmeni mogą omówić najlepsze zagrania. Zatopieni w wygodnych skórzanych kanapach i fotelach. Przy cygarze i szklaneczce starej whisky.

Pamiętacie komedię romantyczną „Notting Hill” i karkołomne próby wcielenia się Hugh Granta w dziennikarza magazynu „Koń i Pies”? Wydawało się, że bardziej absurdalnego tytułu nie można wymyślić i że to nic więcej jak chwyt komediowy. Błąd! Taka gazeta naprawdę istnieje, i to od 120 lat. Co prawda w Anglii, ale właśnie tu, w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, mogłyby regularnie powstawać artykuły do tego periodyku. O koniach i psach nie będziemy jednak pisać, choć i jednych, i drugich nie brakuje. Za to o domu owszem, bo od początku zapowiadał się dość nietypowo.

Dom dla relaksu

Powstał po to, żeby Paulina, Tomek i ich goście mieli gdzie się relaksować po turniejach polo (które organizują w założonym przez siebie Warsaw Polo Club). Dlatego sercem domu jest ponad 80-metrowy salon, z ogromną, wygodną do nieprzyzwoitości skórzaną kanapą (naprzeciwko, w małej żeliwnej kozie, przyjacielsko buzuje ogień, co tym bardziej utrudnia opuszczenie tego miejsca). Od początku było wiadomo, że ma tu być jak w klubie: styl starej Anglii, stonowane kolory, drewniane lamperie na ścianach, ciemna kanapa, nobliwa biblioteka z okazałym księgozbiorem – albumy o koniach, książki o grze w polo i kolekcja najlepszej beletrystyki.

Wnętrza „domku klubowego” powstawały według projektu Bożeny Kocój. – Ona jest moim guru – wyznaje Paulina. – Zwoziła dla nas meble i dodatki z całej Polski, a był nawet taki czas, że zamieszkała tu z całą swoją rodziną i wszyscy wspólnie wykańczaliśmy wnętrza, by zdążyć przed ważną imprezą, pierwszymi w Polsce Mistrzostwami Europy Środkowej.

Styl prowansalski dla pań, a klubowy dla panów

Paulina i Tomek umówili się, że skoro ich pierwszy dom (prowansalski w klimacie) jest oczkiem w głowie pani domu, to ten zostanie wizytówką gospodarza. Tomek wspaniałomyślnie nie wtrącał się w urządzanie, ale co jakiś czas przypominał: „Żadnych kwiatów! Bardziej brązowo!”. Więc jest. Z bezpiecznymi, ale ożywiającymi ciemnoczerwonymi i butelkowozielonymi akcentami zasłon i poduszek.

Aranżacja pod miłośników koni

Nie da się ukryć, że mieszkają tu „koniarze”. Z każdej podróży zwożą końskie pamiątki: rzeźby, posążki, albumy, buty do jazdy konnej, fotografie (nieraz znajdowane w ostatniej chwili Tomek targał pod pachą lub upychał w podręcznym bagażu). Najbardziej dumni są ze zdjęć z Palermo Open, najważniejszego wydarzenia polo na świecie. No i kije do gry, które gracze trzymają przy sobie nawet w nocy – ich wiszą na suficie w sypialni.

Końskie motywy są także na starych angielskich kafelkach w łazience – Paulina pokochała je od pierwszego wejrzenia. Wreszcie mnóstwo drobiazgów wyszukali za grosze na francuskich vide-greniers. Dzięki temu, że Francuzi lubią czyścić swoje strychy (bo właśnie to znaczy vide-greniers), wiele przedmiotów znalazło drugi dom i dopełniło angielską atmosferę klubowego domku.

Najbardziej „koński” jest wspomniany już salon klubowy. Pośród zdjęć i pamiątek wydzielono kilka odosobnionych zakątków – żeby każdy mógł znaleźć odrobinę intymności. No i jest też imponująca jadalnia z długim stołem i krzesłami z surowego drewna, stojącymi pod wielkim oknem, które wychodzi na boisko polo – żeby rodziny zawodników mogły śledzić grę podczas obiadu. Sami gracze i tak nie jedzą przed turniejem, a po… żywią się w sposób, którego dietetycy raczej nie polecają.

Dom klubowy, dom rodzinny

Dom, choć „klubowy”, jest bardzo rodzinny. Tak jak polo – z jednej strony prestiżowe, elitarne, z drugiej najbardziej rodzinne z gier: zawodnicy przyjeżdżają z żonami, dziećmi, psami, grają pół godziny, a świętują cały dzień.

A gdy nie ma gości? Paulina siada na kanapie, koniecznie z czymś bardzo smacznym na talerzu, i niczym typowy zmarzluch wygrzewa się w cieple buzującego w małej kozie ognia. Wokół kłębią się klubowe psy: dwa bardzo rasowe i dwa całkiem zwykłe. Konie czekają w stajniach. Ale o nich można by raczej napisać do brytyjskiego „Konia i Psa”. Tego prawdziwego, nie z komedii romantycznej.

Tekst: Michalina Kaczmarkiewicz
Stylizacja: Małgorzata Sałyga
Fotografie: Małgorzata Sałyga, Mariusz Putra
Za pomoc w sesji dziękujemy sklepowi lniany zaułek, www.lnianyzaulek.com

reklama
reklama
reklama