reklama

W pastelowym apartamencie

Stylowe i przytulne

Gdy jesteś u Michała, ogarnia cię spokój. Jedna herbata, druga i wciąż nie chce się wychodzić. Jest coś takiego w tym mieszkaniu... Może to zasługa subtelnych barw?

Znają się od lat. Michał Stegman, świetny fryzjer, i Paweł Mikulski, projektant wnętrz. Polubili się, bo mają podobne poglądy na świat. Cenią spokój, wolność i niezależność. Z czasem okazało się, że łączy ich też podobny gust. I całe szczęście, bo Michał kupił właśnie mieszkanie i nie bardzo wiedział, jak się zabrać za jego urządzanie. Z bałaganem na głowie wie, co robić, ale gdy przyszło decydować o stylu mieszkania, wolał oddać sprawy w ręce przyjaciela.

– Michał nie stawiał żadnych wymagań. Powiedział, że mam zrobić tak, aby było dobrze – mówi z uśmiechem Paweł. – Jeśli się kogoś zna, nie jest to takie trudne. Od lat jeździliśmy na Koło w Warszawie w poszukiwaniu ciekawych starych rzeczy. Wiedziałem więc, co mu się podoba i jaki ma styl życia. Michał ciężko pracuje, nawet w soboty, ale popołudnia lubi spędzać w domu.
Mieszkanie ma dziewięćdziesiąt metrów kwadratowych, więc na brak miejsca nie można narzekać. W największym pokoju jest salon, w pozostałych są sypialnia i gabinet.

– Postawiłem na neutralne, pastelowe kolory. Nie narzucają się i nie męczą, poza tym są doskonałą bazą do innych barw. Gdyby Michał kiedyś uznał, że wnętrza są zbyt monotonne, i chciał je ożywić, nie będzie miał z tym kłopotu. Do szarości i beżu pasuje niemal wszystko – tłumaczy projektant.

Oprócz skromnej palety barw uwagę zwraca przemyślane połączenie nowoczesności z klasyką. Taki eklektyzm sprawia, że wnętrza nie są ciężkie od dekoracji ani zbyt surowe. Do urządzenia domu panowie wykorzystali to, co wspólnie znaleźli na pchlich targach czy w galeriach. Taka na przykład kanapa i fotele za niecałe pięćset złotych.

Wystarczyła zmiana tapicerki i meble trafiły do salonu. Z kolei rama lustra w łazience była kiedyś zagłówkiem starego łóżka. Paweł wydał na nią pięćdziesiąt złotych. Trzeba było trochę ją odświeżyć i zanieść do szklarza. Nad drzwiami natomiast wmurowano żeliwne wycieraczki. – Nadają lekkość, zapewniają przewiew, są ciekawym elementem architektonicznym i zarazem fajną ozdobą – zdradza Paweł. Z przymrużeniem oka potraktowali też obrazy, wybierając sielskie widoki i scenki rodzajowe.

Realizacja projektu trwała około pięciu miesięcy, ale najwięcej czasu pochłonęło szukanie starych cegieł. – Oczywiście mogłem kupić nowe, ale one nie mają tego sznytu. W końcu udało mi się dostać materiał z rozbiórki starego domu. Cegły są wyszczerbione tu i tam, ale właśnie o to chodziło. Zbudowaliśmy z nich ścianę w salonie, zagruntowaliśmy, pomalowaliśmy na biało i podświetliliśmy halogenami – mówi Paweł. Zamiast gładkiej, nudnej powierzchni powstało coś w rodzaju misternej płaskorzeźby.

Po zakończeniu prac Paweł miał tylko jedną wątpliwość. Czy jeden kaloryfer wystarczy, aby ogrzać salon, kuchnię i przedpokój? Pierwotnie były jeszcze dwa, ale trzeba było z nich zrezygnować, bo przeszkadzały. Ostatnia zima pokazała, że decyzja była dobra. Mimo dużych mrozów w mieszkaniu Michał miał ciepło i przytulnie. Doceniła to nawet jego suczka Lola, która niechętnie wychodziła na dwór. To zupełnie do niej niepodobne, bo uwielbia biegać – w końcu jest labradorem.


Tekst: Renata Barańska
Stylizacja: Michał Zomer
Fotografie: Aneta Tryczyńska
Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy firmom: Bed & Breakfast, Boutique Pierrot, Cube, Flaming, Nap oraz Red Onion 

reklama
reklama