werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Czasem wyhoduję chwasty

Znani i lubiani w domu

Kiedyś myślała: po co komu dom? Wystarczy mieszkanie, byle było gdzie spać. Dziś Elżbieta Zapendowska sadzi kwiaty i patrzy z tarasu na krowy. I sama nie wierzy, że polubiła takie życie.

Na ten dom trafiłam w internecie. Z kilku uzależnień, które się do mnie przez lata przyczepiły, papierosy i krążenie po sieci są najsilniejsze.

Dzień zaczynam z dymkiem, przy komputerze. Kiedy zabrałam się za szukanie domu, jedno od razu wiedziałam: nie powinien być za elegancki, bo ja nie jestem kobieta elegancka. Chciałam, by miał duszę i koniecznie dorosłe rośliny. Ja szykuję się do grobu, a one mają kilka centymetrów? Nic z tych rzeczy. I wszystko się zgadza: jest dom i drzewa, w których hałasują ptaki, jest widok na łąki i wodę, słowem – sielski obrazek. Córce też się podoba, choć na początku zafundowałam jej spory stres.

Poczucie humoru nie raz mi pomogło, więc ciągle żartuję. Uwielbiam wkręcać ludzi. Kiedy znalazłam ten dom, poprosiłam kumpla, fachowca, który go oglądał, żeby zadzwonił do córki. „Ola, ten dom, jaki syf…”, zaczyna stroskany. I z własnej inicjatywy dodaje, co mnie tak rozśmieszyło, że musiałam wyjść, by nie było mnie słychać: „Wiesz, gdyby tu autostradę budowali, to może udałoby się jakieś pieniądze odzyskać…”. Za chwilę odbieram telefon: „Matka, wyślij mi zdjęcia tego domu”.

Swoją drogą trochę jak żart brzmi też i to, że tak spodobało mi się życie na wsi. Mnie, dla której żywiołem była praca z ludźmi w mieście.

A teraz… z tarasu patrzę na krowy. Mam też staw. Na razie bez ryb, chociaż moczenie kija przez lata było moją pasją. Pozwalało mi się wyciszyć. Samo wyciąganie zdobyczy, a potem jej oprawianie nie jest może za przyjemne, ale nie o to w wędkowaniu chodzi. Liczy się patrzenie w spławik. Odkąd dom mnie uspokaja, stawem i łowieniem ryb się nie zajmuję. Za to dużą przyjemność sprawia mi praca w ogrodzie. Sama sadzę kwiaty. Słabo się na nich jeszcze znam, więc czasem i chwasta pięknego wyhoduję.

W dzieciństwie nazywano mnie diabłem wcielonym. I nieskromnie powiem: w pełni sobie na to zasłużyłam.

Ze starszym o pięć lat bratem tłukliśmy się bardzo, choć też się uwielbialiśmy, ale to ja miałam opinię krnąbrnego dziecka, mnie stawiano złe stopnie z zachowania, a on był ten układny. Wychowywaliśmy się z dwoma starszymi kuzynami (jeden został skrzypkiem, drugi pianistą). Mama uważała, że z nimi nie popełnię głupstw. Gdyby tylko wiedziała, jakie mieliśmy pomysły… Nocą na przykład wymykaliśmy się na opolski dworzec. Kuzyn odkrył kiedyś, że jak w rogu przy toaletach coś się powie, głos słychać kilkadziesiąt metrów dalej. Raz śmiertelnie wystraszyliśmy jakiegoś gościa. Była głęboka noc, pusty hol i nagle szept, jak z zaświatów: „Nieee jedź tym pociąąągiem…”.

W liceum nie zdałam do następnej klasy. Chodziłam na wagary, głównie do biblioteki wojewódzkiej, gdzie zaczytywałam się w Balzaku i Steinbecku, co nie pomogło mi w zdaniu przysposobienia wojskowego, wf-u, biologii i historii.

Miałam cztery dwóje i w opolskiej budzie już mnie nie chcieli. Rodzice przenieśli mnie do Niemodlina. Tamtejszą szkołę i internat ulokowano w zamku. To było miejsce w sam raz dla osoby tak pomysłowej jak ja. Zamek przerobiony na późnobarokowy pałac miał wiele ekscytujących zakamarków. Zwiedzałam je dociekliwie, zaglądając przede wszystkim tam, gdzie nie było wolno, np. na zabite deskami galeryjki.

Jakimś cudem nic mi się nie stało, za to kiedyś o mało nie dostała przeze mnie zawału jedna z opiekunek. Na zajęciach technicznych robiliśmy gipsowe odlewy twarzy. Mój – mam go do dzisiaj – udał się znakomicie. Musiałam to wykorzystać. Kiedy kierowniczka internatu, kobieta delikatna, zobaczyła w półmroku wystającą spod kołdry kredową twarz, przeraziła się na dobre. „Czemu Ela taka blada…”.

W dzieciństwie mieszkałam w Opolu, w domu, który na początku zajmowało 17 rodzin.

Nasz był otwarty, ciepły i bardzo muzykalny. Mama, gospodyni domowa z aspiracjami damy, uwielbiała artystów. Przez pokoje przewalały się tłumy, głównie muzyków. Ja też pobierałam nauki gry na pianinie. Wirtuozem nie zostałam, ale uważam się za artystkę.

Po maturze zdawałam do szkoły aktorskiej. Mam minus 16 dioptrii, czyli jak mawiam, mistrzostwo świata. Na egzaminie zaprezentowałam się bez okularów. Wchodząc na scenę, wyrżnęłam jak długa. Oczywiście mnie nie przyjęli. Dziś wiem, że aktorstwo to także bardzo ciężki fizycznie zawód, a z taką wadą nie mogłabym go wykonywać. Pracowałam potem w hotelowej recepcji. Fantastyczne miejsce i niekończące się nocne rozmowy z ciekawymi ludźmi. Ostatecznie, dzięki kuzynowi, wylądowałam w Wyższej Szkole Muzycznej, na pedagogice. Pracy magisterskiej nigdy nie napisałam, choć czyniłam starania.

Moją wielką pasją stał się autostop i żeglarstwo. To na żaglach poznałam przyszłego męża.

A potem pojechałam za nim na Mazury. Pracował w stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk, więc moim kolejnym domem stał się baraczek w Puszczy Piskiej, w środku mazurskiej wsi, nad Śniardwami. Mój mąż robił eksperymenty na zwierzynie łownej, a ja chadzałam na ryby. Miejsce miało swój specyficzny folklor. Ale woda w szklance na oknie zamarzała. Po pół roku nie wytrzymaliśmy. To chyba był zalążek mojej fascynacji wsią.

Po powrocie do Opola prowadziłam dom otwarty. Miałam taki pokój na strychu, który nazywaliśmy schroniskiem św. Brata Alberta.

Jak kogoś żona wyrzuciła albo mąż dawał się za bardzo we znaki, to tam pomieszkiwał.

W Opolu najpierw uczyłam w szkole muzycznej, później moim drugim domem stał się Wojewódzki Dom Kultury, gdzie założyłam studio piosenki. Genialna biblioteka, fonoteka, studio nagrań. Wydawało mi się, że Pana Boga za nogi złapałam. Mamusie pokazywały mnie dzieciom na ulicy: „O, to ta wariatka, co całe życie siedzi w pracy”. WDK był dla mnie domem i centrum świata. Moi uczniowie dostawali się do szkół aktorskich, wygrywali festiwale. Przyjeżdżali do mnie ludzie z całej Polski. Jednak mimo paru osiągnięć wywalili mnie z roboty.

Moim mężem opatrznościowym okazał się Wiktor Kubiak, producent spektaklu „Metro”.

Przyjaźniłam się z Michałem Bajorem i z jego rodzicami. Mama Michała, Maryla, zadzwoniła kiedyś: „Jest u mnie Janusz Stokłosa, nie pokazałabyś mu swoich uczniów?”. Tak się zaczęło. Po tym spotkaniu Józefowicz powiedział: „Może byśmy coś razem zrobili?”. Ja na to: „No, może byśmy zrobili”. A w duchu powtarzałam: „Boże, żeby mnie tylko wzięli”. I zadzwonił telefon. To był Kubiak: „Ma pani dwa tygodnie na decyzję”. Zastanawiałam się pół minuty. Zabrałam córkę, swoje taśmy z podkładami, aranżami i ruszyłam do Warszawy.

Miałam 46 lat. Zaczęło się inne życie. Aż się chciało wstawać rano. Najpierw prowadziłam warsztaty w teatrze Buffo, potem założyłam własną szkołę. Parę lat minęło, nim osiadłam w stolicy. Warszawski czas to trzy mieszkania. Pierwsze – służbowe, Kubiaka, na tyłach hotelu Polonia. Pomieszkiwali tam czasowo różni związani z Buffo artyści. Lokum było z taaaaaakimi karaluchami. Kolejnego mieszkania, też udostępnionego przez Kubiaka, żadne owady w posiadanie nie objęły. Potem 20 lat na Stegnach.

Kiedy na poważnie zaczęłam się zastanawiać, z czego będę żyć, pojawiła się propozycja z „Idola”.

Wahałam się, ale jak mi pokazali wersję angielską i zobaczyłam, że to nie jest program, gdzie się tylko chwali, że trzeba czasem za gardło chwycić… pomyślałam: „To dla mnie!”. Nie spodziewałam, że „Idol” będzie tak popularny. Przez długi czas w Warszawie mogłam iść po ulicy z fajką i nie zastanawiałam się, czy mam krzywe spodnie, czy nie. A tu nagle: „Dzień dobry, pani Elu”.

Kiedy ludzie pokazywali mnie sobie albo zaglądali w okna, mieszkanie na Stegnach zaczęło mi doskwierać. I już się ze swoimi szpargałami w nim nie mieściłam. Zamarzyłam o domu. I udało się. Tam musiałam się nauczyć na nowo żyć. Na przykład z przelewającym się szambem i panem Zenkiem, który albo do niego przyjedzie, albo nie, bo na wsi czas zupełnie inaczej biegnie.

Jedyną rzeczą, która towarzyszy mi podczas kolejnych przeprowadzek, jest poniemieckie pianino.

Nie za dobrze już gra, ale za to jak wygląda! Rodzice kupili je dla mnie, gdy miałam ze cztery lata. W dzieciństwie było świetną skrytką. Chowaliśmy tam z bratem różne skarby. Potem, w kolejnych mieszkaniach, grywali na nim Krystian Zimerman, Rysiek Rynkowski, Mietek Szcześniak, Janusz Stokłosa, Michał Bajor. Niedawno, podczas naprawy, odsłoniło swoją małą tajemnicę – pierścionek. Pomyślałam: to na szczęście.


Wysłuchały: Jolanta Gajda-Zadworna, Ewa gronkiewicz
Zdjęcia: Viphoto/East News, Archiwum Elżbiety Zapendowskiej

reklama
reklama
reklama