werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Zakochana w mieście

Znani i lubiani w domu

Monika Richardson opowiada o swoim domu

Angielskie domy jej się nie spodobały. Miały malutkie korytarze, w których dwie osoby nie miną się za żadne skarby. W Polsce za oknami biegają sarny, a ona wolałaby mieć kiosk z gazetami. Monika Richardson wciąż szuka idealnego miejsca.

Monika Richardson: mieszkaliśmy w psychiatryku

Mam za sobą szesnaście przeprowadzek, ale nadal nie trafiłam na wymarzone mieszkanie. Przez pięć lat żyłam na dwa domy – w Polsce i w Anglii. Przyjeżdżałam do kraju nagrywać program „Europa da się lubić”, po czym wracałam na Wyspy. Najpierw mieszkaliśmy w… psychiatryku. Z mężem, Jamiem – pilotem RAF-u, kupiliśmy mieszkanie na terenie pięknego XIX-wiecznego parku, gdzie kiedyś znajdował się szpital psychiatryczny. Mieliśmy ciekawe doświadczenie.

Współczesne angielskie domy pozostawiają wiele do życzenia – to drewniane szkielety, tzw. timber-frame. Proszę mi wierzyć, mają się nijak do polskich standardów budowlanych. Wszystko w nich słychać, łatwo się niszczą, a w razie pożaru płoną jak pudełka zapałek. Na pewno nie spełniłyby naszych norm. Korytarze są tak wąskie, że dwie osoby nie miną się ramię w ramię. Taki urok mieszkania na Wyspach, gdzie wszystko jest pomniejszone.

Monika Richardson: pierwszy ogródek

Ze szpitala psychiatrycznego przeprowadziłam się z mężem do jego bazy, czyli po prostu do koszar. Tutaj przy naszym małym domu uprawiałam pierwszy w życiu maleńki ogródek. Szybko złapałam bakcyla – dowiedziałam się, jak walczyć ze ślimakami (robi się specjalne wysypki, które są toksyczne dla innych zwierząt, więc trzeba uważać na psy i koty) i co zrobić, żeby hortensja miała niebieski kolor (wokół korzeni wsadzamy gwoździe). Wiem to od sąsiadów, którzy na początku traktowali mnie niczym kosmitkę, obserwując, jak zmagam się z różnymi ogrodniczymi pracami. Tam ludzie wszystko wiedzą o ogrodach, bo każdy coś przy domu uprawia. A ja?

Ja miałam babcię, która sadziła aksamitki w doniczkach na balkonie i to był mój jedyny kontakt z naturą. W Anglii kupiliśmy klasyczny dom dla rodziny z dzieckiem. Miły, choć jakościowo, jak większość tamtejszych domów, oczywiście kiepski. Długo go szukaliśmy, bo marzyłam o kuchni otwartej na jadalnię.

Tymczasem Anglicy budują zupełnie na odwrót – małe, zamknięte pokoiki. Jak jadalnia, to koniecznie zamknięta. Poza tym domy kupuje się już wyposażone – z zabudowaną kuchnią, szafami i, niestety, z wykładzinami na gąbce w całym domu. My i tak mieliśmy szczęście, bo w łazience ich nie było. Z roku na rok coraz bardziej męczyło mnie ciągłe podróżowanie z Anglii do Polski i z powrotem. Mąż protestował, że nie widzi dzieci, a polska niania była niezadowolona, bo pracowała dla nas tylko przez tydzień w miesiącu. Dlatego, gdy zdecydowałam się zostać jurorką w programie na żywo „Supertalent”, stwierdziłam, że dłużej nie dam rady.

Jamie zaproponował wtedy nieśmiało, że skoro nie jest już pilotem RAF-u, to może pomieszkamy w Polsce. Kułam żelazo póki gorące i gdy następnego dnia wrócił z pracy, już wynajęłam dom i podpisałam umowę na dwa lata. Tak na wszelki wypadek, żeby się nie rozmyślił, a potem w tydzień się przeprowadziliśmy.

Monika Richardson: działałam na 40 procent mocy

Źle się czułam w Anglii. Zauważył to nawet mąż, który stwierdził, że tam działałam na 40 procent mocy. Obiecałam mu, że po powrocie do Polski wybudujemy dom, bo w Wielkiej Brytanii nikt nie mieszka w apartamentowcach, o blokach nie wspominając.

Każda, nawet biedniejsza rodzina robi wszystko, by mieć choć malutki domek i kawałek trawy. Dlatego, gdy Jamie zobaczył osiedle apartamentowców w Wilanowie, nie mógł uwierzyć, że ludzie w Polsce płacą ogromne pieniądze za mieszkania, gdzie sąsiad sąsiadowi zagląda w okna. W Anglii nikt by tak nie chciał, choćby mu nawet dopłacali. Dość szybko znaleźliśmy działkę. Ale z domem tak sprawnie już nie poszło. Natknęliśmy się na minę – pozwolenie na budowę. Chodziliśmy za nim rok, bo pani w urzędzie stwierdziła, że do działki nie ma drogi dojazdowej.

Nie pomagały tłumaczenia, że jest, bo przecież nią jeździmy. Sytuacja z cyklu absurdalnych. Trzeba było w końcu palcem pokazać. Ja znam polską rzeczywistość, ale Jamie miał mniej cierpliwości, bo w Anglii domy buduje się góra pół roku. Niektórych rzeczy nie potrafiłam mu nawet wytłumaczyć, chociaż naprawdę dobrze znam angielski. Zatrzęsienie pozwoleń – od energetyka, gazownictwa, kontroli szamba i Bóg wie kogo jeszcze. Sama budowa trwała dwa lata. Uważam, że jak na nasze warunki, to i tak ekspresowo. Sąsiedzi, od których kupiliśmy ziemię, budowali się piętnaście lat.

Dom zaprojektował mój tata, architekt. Jest nowoczesny, z prowansalskimi detalami. Gdy powstawał, musiałam wykazać się nie lada dyplomacją, żeby pogodzić gust taty, mój i męża. Jamie ma na przykład obsesję na punkcie łuków. Na jego życzenie powstał łuk pomiędzy kuchnią i dużym pokojem. Marzył też o okrągłych oknach. I ma dwa na piętrze. Ja chciałam szare, gołębie ściany. Wszyscy się tego obawiali, a jednak wyglądają fantastycznie. Ale tata do dzisiaj twierdzi, że zepsuliśmy jego projekt.

Dom jest piękny i wymarzony dla rodziny z dwójką dorastających dzieci, ale nie mogę powiedzieć, że to idealne miejsce na ziemi. Ja po prostu lubię miasto, lubię rano zejść w kapciach po gazetę do kiosku, wypić kawę w kawiarni. Teraz mieszkam na skraju parku krajobrazowego, gdzie rano widzę sarny i bażanty, a nie tramwaje i autobusy. Dlatego już wiem, że nie zostanę tu do końca życia. Kiedyś wreszcie spełnię swoje marzenie. Kupię starą willę na Mokotowie i ją wyremontuję. Będę mieszkała w środku miasta w domu z małym ogródkiem. Jak Anglicy.


Wysłuchała: Małgorzata Zgutka
Fotografie: krzysztof jarosz/ forum, archiwum moniki richardson

reklama
reklama
reklama