reklama

Dzieci na obrazach

Artyści

Przez stulecia dzieciaki nie interesowały artystów. No, chyba że te najbogatsze. Dopiero twórcy baroku skierowali na małych obywateli życzliwe spojrzenia. Ich śladem podążyli realiści, impresjoniści, ekspresjoniści. Zaczęto dostrzegać psychologiczne zawiłości zielonych lat. I tak pozostało do dziś.

Pod troskliwym okiem

Przez wieki malcy płci męskiej pojawiali się w sztuce w dwóch głównych rolach: jako Dzieciątko Jezus albo jako putta, czyli amorki i aniołki. Jasne, że artyści mieli za modeli zwyczajne dzieci, często własne – jak Filippo Lippi, o którym wiadomo, że w połowie XV wieku portretował syna Filippina jako Jezuska bawiącego się pod opieką Matki Boskiej, prywatnie – Lukrecji Butti, ukochanej mistrza, uwiedzionej przez niego w "bardzo młodzieńczym" wieku.

Gdyby Peter Paul Rubens miał aparat fotograficzny, pewnie pstrykałby co dzień fotki swym latoroślom – a miał ich ośmioro. Nikt przed nim nie stworzył równie uroczych i wnikliwych wizerunków malców. Mój ulubiony rodzinny tercet to Helena Fourment, druga żona Rubensa, z dwójką dzieci (1635-36 r.). Na jej kolanach mości się wygodnie trzyletni Frans, ulubieniec papy; koło nich stoi czteroletnia Clara Johanna. Wszyscy pięknie ubrani, a co najważniejsze – emanujący spokojem. Takie powinno być dzieciństwo.

Spośród impresjonistów najpiękniejsze obrazy macierzyństwa stworzyła Mary Cassatt, bezdzietna Amerykanka. Jej ulubionymi modelami były krewne i znajome, podglądane w domowych pieleszach, zajęte swoimi pociechami. Dzieciaki są rozkoszne, naturalne w każdym spojrzeniu, uśmiechu, grymasie. Jedno śpi w objęciach rodzicielki, inne niechętnie daje się myć, jeszcze inne bawi się z kotem. Intymność połączona ze zmysłem obserwacji. W polskiej sztuce podobne klimaty i tematy odnajdujemy w pracach Stanisława Wyspiańskiego, który najchętniej malował swoje (ale nie tylko) dzieciaki. Obrazy żony Teodory i syna Stasia uchodzą za doskonały symbol matczynej troski.

Błaganie o życie

Hans Holbein, choć niemieckiego pochodzenia, został nadwornym malarzem na dworze Tudorów. To jego pędzel uwiecznił oblicze Henryka VIII, niektóre jego żony, rodzinę, angielską arystokrację. Ale wśród wielu błyskotliwych, mistrzowskich portretów tylko jeden wzrusza. Przedstawia dwuletniego Edwarda, księcia Walii. Uroczy blondynek spogląda gdzieś przed siebie nad wiek poważnymi oczyma, unosząc prawą rączkę w geście przypominającym błogosławieństwo. Jak mały Chrystus. Nie bez powodu tak pokazano następcę tronu: chodzi o legitymizację Kościoła anglikańskiego, którego głową obwołał się król, wymykając się rządom papieskim. Niestety, złotogłów, w jaki książę został wystrojony, nie chronił go przed chorobami. Słabował od urodzenia. Prawdopodobnie zmarł na tuberkulozę, przeżywszy lat 16.

Gdy pada nazwisko Velázqueza, od razu kojarzy nam się infantka Margarita. Malarz sprawił, że stała się nieśmiertelna – choć żyła niedługo. Córka Filipa IV, króla Hiszpanii, została cesarzową rzymsko-niemiecką w wieku zaledwie 15 lat. Siedem lat potem zmarła w połogu. Jej dziecięce podobizny należą do najpiękniejszych na świecie portretów malców. Aby cesarz Leopold I (prywatnie – jej wuj) mógł śledzić proces dorastania narzeczonej, do Wiednia wędrowały konterfekty Małgosi trzyletniej, ubranej w różowo-złotą kreację, z wachlarzem w rączce zamiast lalki; pięciolatki wystrojonej w srebrzysto-białą suknię; księżniczki ośmioletniej w bogatym niebieskim stroju, z wielką mufką.

W 1659 roku cesarz Leopold otrzymał jeszcze jeden wizerunek – brata Małgorzaty, małego Filipa Prospera. Bledziutki, drobny dwulatek ledwo stoi, wspierając się na fotelu, na którym spoczywa biały piesek, wyraźnie w lepszej kondycji niż jego pan. Ten zaś, w czerwonej sukience (w tamtych czasach strój dla obojga płci w smarkatym wieku) i białym fartuszku, jest cały obwieszony amuletami, które mają go chronić przed wyrokami losu. Nieskutecznie – zmarł dwa lata potem.

Nauka w zabawie

Te dzieciaki nie mają ani urody, ani uroku typowego dla kilkulatków. To prawie karykatury – kartoflane figury z okrągłymi łbami wyrastającymi wprost z ramion, bez szyi. Wyglądają jak niezbyt rozgarnięci dorośli; są przyodziani jak ich rodzice, z pewnością wywodzący się z niskich stanów. Niemniej cała 250-osobowa zgraja przedstawiona przez Pietera Bruegla w 1560 roku ma przewagę nad dobrze urodzonymi rówieśnikami tamtej epoki: wolno im się bawić. I to jak! Pojedynczo bądź grupkami, we wszystkie gry, jakie przyjdą do głowy; z użyciem wszystkiego, co wpadnie im w ręce – patyka, kupki, kości, płotu, beczki, pleców kolegi… Ten nieokiełznany żywioł wypełnia cały plan obrazu „Zabawy dziecięce”. Na obrazie można rozpoznać 92 zabawy, z których większość zachowała się do dziś.

Świadomi siebie i świata

Maksymilian Franciszek Ossoliński zamówił u anonimowego dziś malarza portret własny z synami. Protoplasta rodu, odziany w kontusz i paradny płaszcz, dumnie spogląda na męski przychówek. Trzech malców, podgolonych jak tata, ubranych w kontusiki na wzór dorosłych, wygląda jak małe klony ojca. Te same miny, pozy i świadomość społecznej rangi. Dobrze wytresowani. Ciekawe, czy mieli czas na zabawy?

Tycjan z kolei namalował pięcioletnią Clarice Strozzi. Od razu widać, że mała jest dzieckiem kochanym, pieszczonym i hołubionym. Główka w krótkich lokach, spojrzenie rezolutne, poza swobodna. Ubrana w wygodną lekką sukienkę z krótkimi rękawami, trzyma za łapę pieska, który wydaje się chętnie poddawać rygorom pozowania.

Coś z Edwarda VI ma "Dziewczynka z chryzantemami" Olgi Boznańskiej. Wizerunek jest nie tylko rewelacyjny malarsko – to doskonały portret psychologiczny, idealnie trafiający w katastroficzne nastroje fin de siecle’u. "Jest to dziecko enigmatyczne, które doprowadza do szaleństwa tych, co mu się zanadto przypatrują. Melisanda ma sześć lat i urodziła się w arystokratycznej rodzinie, w jakimś wielkim mieście – tak wydaje się przerażająca dziewczynka, tak jasna i biała, że budzi dreszcz" – pisano o obrazie.

Tajemnicza panienka jest nad wiek poważna, na pozór spokojna, lecz wewnętrznie napięta. Zdaje się coś przeczuwać. Mała Kasandra.

Uwodziciele

Nieraz małoletni bohaterowie zachowują się niepokojąco zuchwale. Przybierają pozy świadomie kuszące, podszyte erotyzmem. Takie są lolity z obrazów Balthusa – jak choćby leniwa uczennica karana przez nauczycielkę gry na gitarze klapsem, który przeradza się w pieszczotę. Albo Kizette, śliczna jak blond aniołek, uwieczniona przez mamę Tamarę Łempicką w różnych pozach, lecz zawsze ostentacyjnie prezentującą śliczne nogi w niewinnych białych skarpetkach. Małolata przekształca się w kobietę, zgrabna, smukła, w zaczepnej pozie. No, kto jej podskoczy?

Tekst: Monika Małkowska
Fotografie: Katalogi domów aukcyjnych i galerii

Nr 6 (114/2012)  

  

reklama