reklama

Gorączka lutowych nocy

Artyści

Mało kto wie, że święty Walenty był… chrześcijańskim męczennikiem. Patronem zakochanych został trochę z przypadku, bo najpierw – z zaświatów – sprawował opiekę nad chorymi. Ale czyż zakochanie, uczucie odbierające zdrowy rozsądek i zakłócające normalne funkcjonowanie organizmu, nie jest rodzajem dolegliwości?

Zakochanie różni się od miłości. To właściwie faza wstępna – zauroczenie, przyciąganie fizyczne; wszystko pod nadzorem buzujących hormonów; rozum precz. Miłość – uczucie mądrzejsze, trwalsze. I wcale nie jest ograniczone do relacji pomiędzy parą. O miłości na każdym etapie, w każdym wcieleniu opowiada sztuka.

Nie ma jak u mamy

Zacznijmy od tej w życiu człowieka najwcześniejszej: miłości matczynej. Ulubiony temat artystów, niezależnie od epoki – zarówno jako scena rodzajowa, jak i kanon religijny. Renesans czy barok dzieli od impresjonizmu kilka stuleci, jeszcze więcej – od dominującego w międzywojniu stylu art déco, mimo to rodzicielska troska przejawia się w takich samych gestach i spojrzeniach.

Mój ulubiony obraz to „Kołyska” Berthe Morisot – kompozycja, w której autorka uchwyciła przesyconą czułością koncentrację młodej matki na śpiącym maleństwie. Natomiast Eugeniuszowi Zakowi, polskiemu artyście zaliczanemu do École de Paris, udało się połączyć wyszukaną formę postaci z autentycznym uczuciem, wyczuwalnym w takich przedstawieniach, jak „Rodzina” czy „Kobieta z dzieckiem”. Chciał, nie chciał, optymistyczna aura udziela się odbiorcy.

Azyl w ramionach

Niemal każda kobieta chciałaby znaleźć swojego misia, który otoczy ją opiekuńczym ramieniem. Tak właśnie czuje się pani Menkes, sportretowana przez męża Zygmunta w 1928 roku („Autoportret z żoną”). Młoda dama o bujnych kształtach siedzi na krześle, nad nią stoi mąż i malarz w jednej osobie. Lewe ramię spoczywa na oparciu krzesła, prawym obejmuje swą kobietę. Ta odwzajemnia mu się uczuciem, co widać po sposobie, w jaki ujmuje mężowską dłoń. Aż robi się ciepło na sercu.

Podobny klimat panuje w słynnym dziele Rembrandta „Żydowska narzeczona” (po 1665). Tu mężczyzna – żydowski poeta Miguel de Barrios, utożsamiany z biblijnym Jakubem lub królem Ahaswerusem – dotyka swej partnerki w taki sposób, że odgadujemy jego uczucia. Widzimy, że ją kocha i szanuje, ale też pragnie. Dłoń na piersi kobiety z jednej strony jest zmysłowa, lecz symbolizuje także zaślubiny pary. Toteż obydwoje są poważni, bo przecież zaczynają nowy etap w życiu: stają się za siebie odpowiedzialni. Ich miłość obywa się bez efekciarskich gestów i gorących buziaków. Mamy jednak pewność – jest na zawsze.

Odgrodzeni od świata

Jerzy Nowosielski w kompozycji „Tajemnica narzeczonych” również pokazał parę zakochanych, którzy izolują się od świata, bo sami dla siebie stanowią gwiezdną konstelację. Ale tu istotną rolę odgrywa seks. Pan stoi w garniturze; przed nim prawie naga kobieta, w samej bieliźnie. Ona zarzuca na głowę chłopaka błękitną chustę. Czyżby chodziło o podkreślenie, że „mój ci on”? Co zabawne, Nowosielski umieścił dookoła głównej sceny „komiks” (jak w ikonach) z sytuacjami poprzedzającymi kulminacyjny moment. Słowem, artysta nie daje gwarancji, że związek przetrwa.

Mogę za to zapewnić: para złączona namiętnym „Uściskiem” – to tytuł obrazu Egona Schielego – pozostała ze sobą aż do śmierci. W zwarciu ciał tych dwojga wyczuwamy coś straceńczego. I nic dziwnego, jest wojna. Rok później obydwoje już nie żyli, skoszeni przez grypę hiszpankę. Zapewne tego nie przeczuwali, lecz groza największego w dziejach ludzkości kataklizmu nakazywała im szukać ocalenia w miłości.

Opętani pożądaniem

„Na początku była chuć” – chodzi o stan emocjonalny, gdy rozum się wyłącza i… niech się dzieje, co chce… Tego rodzaju sytuacje odnajdujemy w sztuce artystów przełomu XIX i XX stulecia, od Gustava Klimta, poprzez Edvarda Muncha, do Wojciecha Weissa. Przeczucie końca świata to czas sprzyjający wolnej miłości. Co jednak, gdy świat trwa i trzeba żyć z nieślubnym maleństwem? Tragedia, już na zwykłą, ludzką skalę. Tak zdarzyło się wybrankom Stacha Przybyszewskiego, erotomana i grafomana o charyzmatycznej osobowości. Na płótnie Weissa „Demon” jest pokazany właśnie Stach i jego ofiara, która dała się omotać i teraz stoi przed wyborem: powrócić na łono rodziny albo… skończyć ze sobą.

W XX wieku już nie utożsamiano panny z dzieckiem z kobietą lekkich obyczajów. Nawet w PRL-u, bardziej purytańskim niż Zachód, pojawiają się wizje orgii. Mamy też sceny z mniej lub bardziej dosłownym wyobrażeniem cielesnych igraszek. Za pierwszą damę seksu uchodziła Maja Berezowska, której ongiś ulubionym modelem był piękny i młody Franciszek Starowieyski.

Jan Lebenstein, ukryty mizogin, stylizował kobiety na wampirzyce i modliszki, panów zaś na tępe zwierzątka poddane władzy Erosa.

Wenus budzi zmysły

Bywały epoki, kiedy zaloty nie dowodziły uczuć, lecz stanowiły towarzyską grę. Na salonach ktoś, kto nie bawił się w umizgi, uchodził za człowieka nieobyczajnego. Jednak wiek granice stawiał. Artyści ostrzegali: paskudnie, kiedy do młódki startują obleśne dziady. I dowodzili obrazami, jaki to brzydki widok. Przykładami – „Niedobrana para” Lucasa Cranacha (1528) czy „Zuzanna i starcy” Artemisii Gentileschi (ok. 1610).

Niefajnie też, kiedy niepowołany amant wykorzystuje drzemkę nieprzeczuwającej podstępu damy. Na płótnie Correggia „Wenus, satyr i Amor” (1524/25) widzimy taką oto sytuację: leśne uroczysko, cisza, błogie ciepło. Bogini i jej skrzydlaty asystent drzemią, nie wiedząc, że przypatruje im się satyr, ten chutliwy leśny cham. Niczego dobrego nie można się po nim spodziewać.

Urodziwym znacznie więcej uchodziło na sucho. Tycjan kilkakrotnie podejmował motyw zalotów młodego organisty (a organy to instrument wielce aluzyjny w formie) do Wenus, bogini, która zwykła paradować nago. Na ogół modele są dla nas postaciami anonimowymi, z wyjątkiem obrazu z 1548 roku. Tu rolę organisty odgrywa arcyksiążę Filip hiszpański, kędzierzawy dwudziestolatek. A kim była ponętna blond Wenus? Kto wie, może słynną kurtyzaną? Nie dość, że kokietuje muzyka, to jeszcze pozwala dziecku-amorkowi bawić się piersią. Podobnie wyuzdana jest Afrodyta z obrazu Agnolo Bronzino (1540–50): prowokuje do obłapek Kupidyna (według mitu swego syna), wyglądającego jak zdeprawowany małolat. Oto pani Robinson manieryzmu.

Tekst: Monika Małkowska
Zdjęcia: Katalogi domów aukcyjnych i muzeów, wikipedia

reklama
reklama