Zdzisław Beksiński - samotny jeździec

Artyści

Przez całe życie towarzyszyły mu złe myśli, ale żeby zaraz okrzyknąć go specjalistą od piszczeli i czaszek? Życzliwy, zabawny i tryskający humorem Zdzisław Beksiński na to się nie zgadzał.

„Gdyby mnie napadnięto, a nie wiedziałbym, jak działa sprej oślepiający, to najpierw bym powiedział: bardzo przepraszam, panie bandyto, ale proszę chwilę zaczekać, gdyż muszę włożyć okulary, żeby przeczytać instrukcję” – pisał Zdzisław Beksiński w mailu do zaprzyjaźnionej dziennikarki Liliany Śnieg-Czaplewskiej.

Przez dwa lata korespondowali o sąsiedzie pijaku, polityce, niechcianym spotkaniu zawodowym. Aż do feralnego dnia – 21 lutego 2005 roku. Rano dyskutowali jeszcze o filmie Leloucha „Piano Bar”. Beksiński z rozbrajającą szczerością przyznawał, że nie ma bladego pojęcia, kim jest aktorka Patricia Kaas i niespecjalnie kojarzył Jeremy'ego Ironsa.

„Ale w końcu jestem nietypowy i nie żyję na tym świecie, tylko udaję sam przed sobą i przed Panem Bogiem, żeby staruszkowi nie sprawiać przykrości. Pięknie pozdrawiam, Beksiński”. Wieczorem siedział sam w domu – w niedużym mieszkaniu na Mokotowie, urządzonym praktycznymi biurowymi meblami, bo antyków nie lubił.

W kuchni jednorazówki zamiast porcelany, bo nie trzeba ich zmywać, w pracowni – półki z kasetami magnetofonowymi, bo gdy malował, pasjami słuchał rocka. Tuż po dziewiątej zadzwonił przez domofon Robert, zresztą syn dobrego znajomego, który często pomagał mu w remontach. Beksiński wpuścił go do środka. Chłopak po raz kolejny chciał pożyczyć pieniądze. Gdy malarz odmówił, kilkanaście razy pchnął go nożem.

Zdzisław Beksiński - nieśmiały dziwak

Jerzy Duda-Gracz powiedział kiedyś, że nad rodziną Beksińskiego wisi złowieszcze fatum. Najpierw malarz stracił syna – Tomasz, znany dziennikarz radiowy, obsesyjnie zakochany w hor- rorach, w Wigilię 1999 roku przedawkował leki. Swoją śmierć kilka dni wcześniej zapowiedział w magazynie „Tylko Rock”. Potem po długiej chorobie zmarła żona Beksińskiego, Zofia. No i jeszcze przypadek Adriana Kędzi – uczeń, którego chciał wychować na następcę, z powodu wady wzroku musiał przestać malować. W końcu los upomniał się o niego samego.

„Dramatyczne okoliczności jego śmierci w pewien sposób przypominają aurę jego sztuki” – zauważał Edward Dwurnik. Nie on jeden zwrócił uwagę, że depresyjne, mroczne obrazy Beksińskiego zwiastowały tragiczne wydarzenia w jego życiu. Wielu widziało w nim artystę diabolicznego. Szeptano, że normalny człowiek nie maluje tak przerażających obrazów. No i nie ma „takiego” syna.

Tymczasem ci, co go znali, opowiadali, że zawsze był życzliwy, wesoły, tryskający humorem. Dziwak owszem, ale nieszkodliwy - w czasach, gdy media grzmią, że fast foody są niezdrowe, głosił, że uwielbia hamburgery i marzy, by w kranach płynęła coca-cola. A gdy większość z zapartym tchem śledziła debaty polityczne, on nie czytał gazet i nie oglądał wiadomości „wskutek braku zainteresowania tym, co dzieje się w świecie ludzi ubranych w garnitury”.

Beksiński nie raz ubolewał w wywiadach, że wszyscy dopatrują się u niego apokaliptycznych znaków. „Namalowałem twarz, która wydawała mi się łagodna. Przyszła znajoma dziennikarka z prasy kobiecej i mówi: - Ta makabryczna twarz obdarta ze skóry. Myślę, Jezus Maria, chcę malować łagodny obraz, a ludziom zawsze kojarzy się z apokalipsą. (...) Ale Czechow też przez całe życie myślał, że pisze komedie, a mówią, że pisał dramaty i tragedie”. Tłumaczył, że ciężka atmosfera jego prac wynika z nieśmiałości i panicznego lęku przed publicznym obnażaniem się. Wolał pokazać rzeczywistość zdeformowaną.

Malarz zamierzony

W młodości nie planował zostać malarzem. Najpierw marzył o robieniu filmów. Ojciec wymógł na nim jednak studiowanie czegoś praktycznego, czym w zniszczonej po wojnie Polsce wydawała się architektura. Pojechał na studia do Krakowa, ale o filmie nie zapomniał. „Na architekturze uczyłem się rysunku. I nigdy nie osiągnąłem z tego przedmiotu więcej niż dostateczny z plusem. Mieliśmy dwanaście godzin na akt. Robiłem to w trzy kwadranse, a potem leciałem do kina” – wspominał.

Z czasem zafascynowała go fotografia artystyczna: portret dziewczyny z wydartą twarzą, głowa owinięta gazą, akty obwiązane sznurkiem. W magazynie „Fotografia” w 1958 roku napisał jeden z najważniejszych artykułów poświęconych tej dziedzinie: „Kryzys w fotografice i perspektywy jego przezwyciężenia”. Kilkanaście miesięcy później sztukę tę jednak zarzucił, uznając, że zbyt go ogranicza i że bardziej wolny będzie jako plastyk.

Pracował wtedy na budowie jako architekt. Zaczął robić reliefy z drutu i blachy oraz gipsowe rzeźby. Aż do czasu, gdy postanowił zostać najlepszym malarzem świata. Warsztat stworzył żmudną pracą, bez korekt profesorów. Pierwsze obrazy powstawały opornie. Przyjaciel poprosił Beksińskiego o namalowanie czegoś dla żony. Dzieło się jednak nie spodobało obdarowanej, więc artysta namalował drugie, ale i ono nie zyskało uznania, kolejne też... Dzięki temu Beksiński miał kilka prac, które mógł pokazać szerszej publiczności. W 1964 roku w Starej Pomarańczarni w Warszawie wystawił po raz pierwszy swoje obrazy. Wszystkie sprzedały się na pniu.

Zaborcze kobiety

Mimo to artysta pozostał niesłychanie skromny – mawiał, że jest tylko prostym człowiekiem z prowincjonalnej Galicji (kiedy w 1977 roku rodzinny dom w Sanoku władze miasta przeznaczyły do rozbiórki, przeniósł się z młodą żoną i synkiem do Warszawy). Typowy samotnik – najchętniej wmieszałby się w tłum i nie wyróżniał. Bankietów unikał jak ognia, ale największą udręką było obchodzenie urodzin. Bał się zaborczości ludzi, bo też nie raz jej doświadczył, zwłaszcza ze strony... zakochanych kobiet.

Zwierzał się w mailach Lilianie Śnieg-Czaplewskiej, że dwie damy mu się nawet oświadczyły, i że to było najbardziej przykre przeżycie, bo nie cierpi odmawiać i ponad siły byłoby wykrztuszenie słowa „spadaj”. Jednego razu opowiadał, jak jakaś pani z Krakowa nagabywała go telefonami, aż w końcu zjawiła się osobiście, z walizkami.

Beksiński z typowym dla siebie poczuciem humoru zaczął rozważać, co w takiej sytuacji zrobiłby jego ulubiony bohater Landru – seryjny morderca kobiet z filmu kostiumowego z lat 60.: „Czy kwas azotowy, czy siarkowy? Czy moja wanna wytrzyma, na pewno zmatowieje glazura. Cholera! A jeśli od kwasu puszczą rury poniżej? Jak ją poćwiartować? Mam kłopoty nawet z kurczakami z KFC”.

Bez komentarza

W 1984 roku poznał paryskiego marszanda Piotra Dmochowskiego. Bardzo przypadli sobie do gustu. Dmochowski organizował wystawę za wystawą, wydawał albumy malarza, książkę „Zmagania o Beksińskiego”, a nawet wyprodukował film krótkometrażowy „W hołdzie Beksińskiemu”, pokazany w Cannes w 1986 roku. Jakby tego było mało, swoją paryską galerię nazwał „Galerie Dmochowski. Musée-Galerie de Beksiński”.

Publiczność znudzona eksperymentami awangardy błyskawicznie zainteresowała się malarstwem artysty, szczególnie nastrojowymi pejzażami z lat 70., pełnymi tajemniczych budowli i ruin porośniętych trawą. Malarz dokonał rzeczy niespotykanej, wzbudził zainteresowanie masowego odbiorcy sztuką najnowszą.

Problem polegał tylko na tym, że publiczność domagała się klucza do jej rozszyfrowania i kontaktów z twórcą, a Beksiński uparcie komentarza odmawiał. Nie nadawał obrazom tytułów, nie lubił i nie chciał ich wyjaśniać. Ironizował, że narzucanie znaczenia jest tyle warte, ile smak czekolady w opisie literackim. „Nie jest przecież ważne, co się ukazuje, lecz, co jest ukryte” – tłumaczył.

To z tego właśnie przekonania narodził się jego styl. Tworząc na gładkiej stronie płyty pilśniowej, zacierał wszelkie ślady pędzla, żeby utajnić warsztat malarski – obraz miał być lustrzanym odbiciem podświadomości. Pracował tak, jakby fotografował marzenie albo sen. Choć mawiał, że sztuka nie jest po to, by się podobała, jeden obraz chciał kiedyś zamalować, potem jednak zauważył, że o dziwo właśnie ten ludzie lubią najbardziej. Skapitulował, choć nigdy nie pogodził się z myślą, że wejdzie do historii sztuki jako autor najmniej lubianej przez siebie pracy.


Tekst: Monika A. Utnik
Wykorzystano: „BEX@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim” – Liliana Śnieg-Czaplewska,
„Antologia twórczości” – Janusz Barycki, „Zmagania o Beksińskiego” – Piotr Dmochowski,
„Zdzisław Beksiński” – Tadeusz Nyczek
Fotografie: katalogi aukcyjne, zbiory muzealne, kolekcje prywatne