werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Świerzy rekordzista

Artyści

Siedzę w kawiarni „Gwiazdeczka” przy Piwnej w Warszawie. Gdy dzwony wybijają dwunastą, z kamienicy naprzeciwko wychodzi Waldemar Świerzy. Zmierza wolnym krokiem, w czarnym, ale za to fantazyjnie omotanym wokół szyi szaliku. Od razu widać, że artysta. Trzydzieści lat temu w tym samym miejscu spotkała się z nim moja mama. Pracowała w Krajowej Agencji Wydawniczej, z którą przez wiele lat był związany, i przywiozła mu do zaakceptowania ostateczną wersję kolejnego plakatu.

Jak został bywalcem „Gwiazdeczki”? Gdy w 1952 roku za namową swojego profesora przeprowadził się z Katowic do Warszawy, bo ten zaproponował mu pracę, próbował się jakoś zadomowić w stolicy. Przez wiele lat stać go było tylko na pomieszkiwanie w robotniczych hotelach, potem pozwolił sobie na strych przy Piwnej.

– Początki nie były łatwe, bo nie dość, że nic kupić nie można było, to pewnego razu ktoś ukradł mi cudem zdobyty parkiet, który przechowywałem pod drzwiami – śmieje się artysta. W końcu jednak jakoś się urządził. A że sąsiadował z „Gwiazdeczką”, często zaglądał tu z kolegami. Oczywiście jeśli akurat nie wybrali się do słynnej „Kameralnej” na Foksal – głównego miejsca spotkań artystów z Polskiej Szkoły Plakatu.

– Dziś plakat został zamordowany. Współcześni producenci filmów rzadko go zamawiają – ubolewa Świerzy, który najbardziej lubi robić właśnie plakaty filmowe. Te najgłośniejsze – bardzo ekspresyjne, kłębowisko maźnięć, plam, zawijasów – powstały do „Bulwaru zachodzącego słońca”, „Casablanki”, „Czerwonej Oberży”. – Plakat filmowy to jeden z powodów, dla których w ogóle zostałem plakacistą – mówi.

– Fascynujące, że film trwa dwie godziny, a ja muszę się zmieścić na jednej kartce. Tak samo zresztą jest z książką (projektował obwoluty do PIW-owskiej serii „Współczesna proza światowa”). Oczywiście nie czytałem wszystkiego od deski do deski. „Biesy” Dostojewskiego streszczał mi na przykład przez telefon Wajda. Ale czasem lepiej wiedzieć mniej niż więcej – podkreśla. Bo plakat ma przyciągać prostotą – tej zasady trzymał się też wtedy, gdy tworzył cykl portretów „Wielcy ludzie jazzu”. Nigdy nie zgłębiał psychiki modela, przeciwnie: wydobywał zaledwie kilka jego charakterystycznych rysów.

Gdy pracuje, brakuje mu czasu na jedzenie, na sen, marnuje tony papieru i myśli tylko o plakacie. Niepewny, czy dobrze wyjdzie. – Nadal mam straszną tremę, czekając na wydruk. Jak debiutant – przyznaje i co chwilę nerwowo zerka na zegarek, bo za godzinę ma przyjechać kurier po nowy projekt przygotowany na festiwal chopinowski w paryskim Ogrodzie Luksemburskim.

Wspomina, jak to w powojennej Warszawie drewniane płoty zasłaniające budowy wyklejano setkami plakatów. Zawsze z drżącym sercem czekał, czy jego praca wyróżni się spośród tej masy. Dobrze pamięta też pierwszy plakat, „Turystykę kajakową”. – W dniu, w którym miał zawisnąć na płotach, wsiadłem do autobusu numer 100 i jeździłem od pętli do pętli, obserwując reakcję ludzi. Ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Byłem zawiedziony – śmieje się. Dziś to jedna z jego najbardziej znanych prac. Za zarobione pieniądze Świerzy kupił sobie wtedy gitarę marki Gibson. Bardziej do patrzenia niż do grania.

Waldemar Świerzy jest prawdziwym rekordzistą, stworzył ponad półtora tysiąca plakatów! – Byliśmy ambitni, obiecaliśmy sobie z kolegami, że każdy będzie robił jeden plakat na tydzień – śmieje się. Najsłynniejszy powstał dla Mazowsza w 1954 roku. Świerzy spędzał wakacje nad morzem, gdy dostał telegram z nowym zleceniem, na już.

Nocnym pociągiem przyjechał do Warszawy, w ciągu kilku godzin przygotował projekt i odesłał z naklejoną karteczką: „Pocałujcie mnie w dupę”. Po czym wrócił nad morze. Jak się potem okazało, plakat został powielony w milionie egzemplarzy, objechał z zespołem cały świat, m.in. Chiny. – Po jakimś czasie wybrałem się tam w podróż.

W tym szarym komunistycznym kraju mój plakat był chyba jedyną kolorową rzeczą – wspomina. – Czy trzeba od razu skakać ze spadochronem, żeby poczuć adrenalinę? – pyta Świerzy. – Mnie wystarcza czysta kartka papieru.


Tekst: Monika A.Utnik
Fotografie: Galeria Grafiki i plakatu, Muzeum Śląskie w Katowicach,
katalogi aukcyjne, www.jazzartcollection.com, Krzysztof Żuczkowski/Forum

reklama
reklama
reklama