reklama

Porcelana Fürstenberg

Kolekcje

Całe szczęście, że książę Karol nie lubił się bić. Inaczej nigdy nie powstałaby delikatna porcelana.

Ile to już razy próbowałem nanieść ten złoty szlaczek – śmieje się Andrzej Kareński-Tschurl, znawca porcelany i jej kolekcjoner. – Za każdym razem ręka drży, linia wychodzi krzywo, próbuję ją wyrównać, ale przez to staje się grubsza. Materiał zużyję, a efekt żaden. Za to zabawa przednia – opowiada. Od kilku lat regularnie bierze udział w warsztatach organizowanych przez saksońską manufakturę Fürstenberg. Wszyscy dostają chirurgiczne skalpelki i miseczki z płynnym złotem, które jest... czarne (dopiero po wypolerowaniu staje się żółte). Najpierw wycinają koronkowy ornament, potem naczynie wypalają, a na koniec ozdabiają. Gotowe zabierają na pamiątkę.

No, chyba że wolą cacuszka zrobione rękami mistrzów – można je znaleźć w sklepie lub na corocznych kiermaszach. Tym, którzy nie zdecydują się na zakupy, pozostaje wycieczka po muzeum. Zobaczyć tu można m.in. największy wazon, jaki kiedykolwiek powstał. Była to próba na miarę rekordów Guinnessa, niestety nie powiodła się, bo porcelanowe naczynia daje się wypalić tylko do pewnej wysokości (około 70-80 cm), a planowany wazon miał być jeszcze większy. Ale i tak, lekko przekrzywiony, pyszni się na honorowym miejscu. Inna duma muzeum to koń stający dęba – symbol Saksonii. Wypalony został razem z podporami (inaczej uniesione kopyta odpadłyby pod własnym ciężarem), które następnie delikatnie usunięto. Wystawa w muzeum podzielona jest na epoki. Manufaktura z każdej produkuje do dziś po jednym wzorze. Sporo tego już się nazbierało – w końcu Fürstenberg liczy sobie trzysta lat.

Filiżanka podbija Berlin

Karol I Brunszwicki, książę Dolnej Saksonii, młodość spędził na wojnie z Turkami. Jednak żołnierka nigdy go nie pociągała. Kiedy przejął stery kraju, mógł nareszcie skupić się na swoim hobby: nauce, literaturze i sztuce. Najpierw założył wyższą szkołę Collegium Carolinum (istnieje zresztą do dziś), potem zwerbował do książęcej biblioteki słynnego w tamtych czasach dramatopisarza Gottholda E. Lessinga. Aż wreszcie odważył się na największą inwestycję życia – w 1747 roku na niewielkim wzniesieniu nad rzeką Wezerą uruchomił fabrykę porcelany. O pracowników dbał jak nikt: wprowadził ubezpieczenia, a w latach prosperity każdy robotnik miał zapewnione drugie śniadanie, wino, chleb i ser. Co prawda w niedługim czasie książę doprowadził państwo niemal do bankructwa, ale za to manufaktura szybko zdobywała rozgłos.

Dizajnerzy kontra klasyka

Zaczynała skromnie – od naczyń biskwitowych, na których książę kazał wypalać niebieską literą F. Niecałe trzydzieści lat później bestsellerami stały się porcelanowe wazy i półmiski. Podbiły nie tylko księstwo – manufaktura, jako jedyna obok miśnieńskiej, mogła sprzedawać swoje wyroby w Berlinie, mimo że kilka lat wcześniej został wprowadzony zakaz sprowadzania do stolicy Prus obcej porcelany. Dla cacuszek z Fürstenberga malowanych w sielankowe pejzaże Prusy zrobiły jednak wyjątek.

Za czasów Napoleona, gdy Dolna Saksonia znalazła się w granicach francuskiego imperium, manufaktura awansowała na cesarską. To wtedy zaczęto produkować filiżanki do gorącej czekolady i znany do dziś serwis Melos w stylu empire – uszka filiżanek nie były przyklejane, ale wyciągane z porcelanowej masy za pomocą specjalnych szczypców.

Fabryka bez większych strat przeszła kolejne historyczne zawieruchy. Pod koniec lat 20. porcelaną znad Wezery zainteresował się słynny Tiffany – sprowadzał ją do swoich sklepów w Ameryce. Potem dla Fürstenberga zaczął projektować znany niemiecki projektant Bauhausu Wilhelm Wagenfeld. W 1934 roku zaproponował serwis Form 639, „krok milowy w historii porcelanowego wzornictwa”, jak rozpisywały się ówczesne gazety. „Naczynia powinny być piękne, inaczej nie spełnią swego zadania” – mawiał projektant. Nikt tylko się nie spodziewał, że piękne może znaczyć krystalicznie białe, bez najmniejszego nawet ornamentu. Maksymalnie uproszczone kształty najpierw zaskoczyły minimalizmem, potem zaczęto stawiać je za wzór.

Fürstenberg poszedł za ciosem i nawet dziś od czasu do czasu prosi o pomoc znanych dizajnerów. Na przykład Włoch Carlo Dal Bianco przygotował kolekcję z motywem koptyjskiego krzyża. – Projektowaniem porcelany rządzą sztywne zasady: talerzyki, postawione jeden na drugim, nie mogą stykać się brzegami, a krawędź filiżanki powinna być lekko wywinięta, by lepiej dotykać ust – tłumaczył na licznych konferencjach.

Prawdziwą rewolucję zrobili też bracia Sieger: nie dość, że do picia szampana zaproponowali kubki (Sip of Gold), to jeszcze z szerokim paskiem z 24-karatowego złota (choć Fürstenberg zawsze szczycił się wąziutkimi dekorami). Nie mówiąc już o turkusowym serwisie Emperor’s Garden, talerzach w popartowych kolorach, świecznikach Silhouette o kobiecych kształtach czy trzonkach noży – leżącym tygrysie, słoniu i nosorożcu. Mimo tych ekstrawagancji i tak najlepiej sprzedaje się klasyczny serwis Goldring z wąziutkim złotym szlaczkiem – ten sam, o którym opowiadał pan Kareński.
– Wzór ma prawie sto lat, ale teraz oprócz typowych filiżanek w kolekcji znajdziemy też porcelanowe kubki do café latte – opowiada pan Andrzej. Do tego wazony, spinki do mankietów, nawet kominkowe zegary – manufaktura idzie z duchem czasu i co roku proponuje z porcelany nowe przedmioty.

Tekst: Monika Utnik-Strugała
Zdjęcia: Fürstenberg, Rosenthal
Kontakt do Niemiec: m.vanscharrel@fuerstenberg-porzellan.com
Wybrane produkty kupimy w salonach Rosenthal

reklama
reklama