We wspomnieniach o Kazimierzu Mikulskim powtarza się słowo „magia”. Dużo jest też o kotach, maskach i poezji. Za to o „prozie życia” ledwie kilka słów.

Aż chciałoby się zacząć „dawno, dawno temu, za siedmioma górami…”. Niestety, trzeba trzymać się rzeczywistości. Niechaj więc będzie: jeszcze niedawno żył w Krakowie artysta o łagodnym uśmiechu i głowie pełnej snów. Na studiach przyjaciele „ochrzcili” go „Balzakiem” – bo nie dość, że bardzo przypominał słynną, odrzuconą przez paryski Salon rzeźbę Rodina, także styl pracy miał podobny do wielkiego powieściopisarza. Aby tworzyć, potrzebował bezwzględnego spokoju, wielu godzin skupienia w izolacji od świata. I tak jak Balzac uwielbiał czarną kawę.

Siadywał niemal codziennie w nieistniejącej już kawiarni „Warszawianki” przy ulicy Sławkowskiej albo w „Astorii” na św. Jana i nad filiżanką kawy rozmyślał o tylko sobie znanych sprawach. W przeciwieństwie do „awanturniczych” przyjaciół (w tym Kantora, Tchórzewskiego, Nowosielskiego) był niezwykle łagodny, spokojny, anielsko wręcz cierpliwy. Przy tym, jak wspomina Jerzy Tchórzewski, „jego łagodność nie miała nic z niezdecydowania, z miękkości, chwiejności”. Nie brał udziału w żarliwych dysputach, chyba że jako obserwator.

Gdy usiłowano go zmusić do opowiedzenia się po którejś ze stron sporu, bronił się nieśmiało, stwierdzając, że „mało mówi i nie będzie się wypowiadał”. Publiczne zabieranie głosu było dla niego udręką – kiedy w 1957 roku dziennikarz „Przekroju” usiłował przeprowadzić z nim wywiad, Mikulski nie odpowiedział na żadne pytanie i dopiero na końcu wydusił z siebie ciche „acha”. Za to z dala od widowni i mediów, w bezpiecznym zaciszu swojej pracowni, potrafił godzinami snuć gawędę o sztuce. Cicho i spokojnie, bez wydawania wyroków, że „to jest dobre, a tamto beznadziejne”, bez krytykowania. Dla miernot miał co najwyżej „ciepły, dyskretny uśmiech współczucia”. Jednego tylko nie był w stanie znieść – pozerstwa. A potrafił je wyczuć na kilometr.

Tymczasem pod powierzchownością ospałego, oderwanego od rzeczywistości marzyciela chował się człowiek renesansu. Nie tylko malarz, ale i scenograf, reżyser teatralny, projektant masek, lalek i plakatów, ilustrator (któż z nas nie pamięta „Ferdynanda Wspaniałego” i jego psiego, melancholijnego oblicza?), poeta, aktor… Malarstwa uczył się, a raczej miał się uczyć, na krakowskiej akademii, na którą dostał się w 1938 roku. Kiedy wybuchła wojna, szkoła opustoszała, a studenci rozpierzchli się. Na szczęście Mikulski miał wybitny talent do „wyślizgiwania się” rzeczywistości. Najwyraźniej, jako istota nie do końca z tego świata, wciąż jedną nogą w krainie snu i fantazji, był przez nią ignorowany.

W 1940 roku trafił do Kunstgewerbeschule – szkoły zawodowej, która okazała się akademią incognito i oprócz wykształcenia zapewniła artystycznym „niedobitkom” ochronę przed wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec. Mikulski, razem z Tadeuszem Brzozowskim i Janiną Kraupe, od razu podpadł swojemu profesorowi malarstwa, Fryderykowi Pautschowi. Nie dało się pogodzić belferskiej słabości do nasyconych barw i młodzieńczej fascynacji malarstwem Makowskiego.

Zbuntowana „paczka” wyżej od profesorskich wywodów ceniła sobie poglądy na sztukę Tadeusza Kantora, z którym odbywali długie rozmowy „po godzinach”. „Balzak” mieszkał wówczas jeszcze u rodziców, na ulicy Basztowej. Mimo że nie był jedynakiem (miał młodszą siostrę Zofię), dostąpił szczęścia posiadania własnego pokoju – odgrodzonego od strasznej okupacyjnej rzeczywistości grubymi kotarami i dźwiękami muzyki z gramofonu.

Po wojnie Mikulski dorobił się pracowni-mieszkania – maciupeńkiej, ale za to przy reprezentacyjnej ulicy Floriańskiej. Tchórzewski nazywał ją „surrealistyczną bombonierką”. Tak jak w pokoju u rodziców obowiązywało w niej całkowite odcięcie od świata rzeczywistego. Nie było okien – tylko skośny, oszklony dach, a wnętrze porastała dżungla przedmiotów: pozawieszanych na nitkach dzwonków i kolorowych kulek, rekwizytów teatralnych, motyli, drewnianych ptaków, obrazów i niezliczonych książek, owoców bibliofilskiej pasji „Balzaka”. Do tego sztalugi i tapczan. Niczym stanowisko pracy baśniowego maga.

Po zakończeniu wojny Mikulski mógł wreszcie dać upust swojej twórczej energii. Zadebiutował w 1945 roku na I Wystawie Grupy Młodych Plastyków w Zakopanem. Niedługo potem uznał, że malarstwo to za mało, i podjął naukę w działającym pod egidą Starego Teatru Studiu Dramatycznym. W kwestii aktorstwa nie był już żółtodziobem – podczas wojny występował w konspiracyjnym Teatrze Niezależnym Kantora.

Studiował więc aktorstwo i reżyserię, malując jednocześnie abstrakcyjne obrazy w stylu Miró. Zza kolorowych plam i figur zaczęły nieśmiało wyglądać kobiety-lalki, ptaki, motyle. Coraz odważniej, liczniej. Wreszcie zawładnęły tym onirycznym światem i już nigdy nie dały się z niego wygonić. Tyle że później musiały uznać zwierzchnictwo jedynych realnych postaci w malarstwie „Balzaka” – kotów o mądrych oczach, patrzących z wyrzutem i melancholią.

Niestety, w 1948 roku miła atmosfera prysła jak bańka mydlana. Trudno wyobrazić sobie, jak łagodny „Balzak” zniósł agresję publiczności i dziennikarzy podczas I Wystawy Sztuki Nowoczesnej (którą zamknięto na polecenie ministerstwa), skoro nawet twardego jak skała Kantora przyprawiła ona o, za przeproszeniem, rozwolnienie. Potem było już tylko gorzej. Zapadła ciemna, socrealistyczna noc. Na porządku dziennym były donosy, zwolnienia z pracy, aresztowania…

Pewnego dnia Tchórzewski z Nowosielskim wpadli na szatański pomysł, żeby spłatać figla dobrodusznemu koledze. Przyszli do jego pracowni z grobowymi minami i obwieścili, że aresztowano Kantora. „My, na wszelki wypadek, wyjeżdżamy z Krakowa na kilka dni. Jedź z nami, właśnie idziemy na dworzec”. „Balzak” spokojnie doczekał salwy śmiechu psotników. Nie spanikował, nie wpadł we wściekłość, ale i nie zapomniał. Jeszcze na pogrzebie Kantora w 1990 roku wypominał Tchórzewskiemu „głupi kawał”.

Aby uniknąć malowania czegoś tak przyziemnego jak podobizny „ukochanych wodzów”, uciekł do teatru lalek Groteska, gdzie został na kolejne trzydzieści lat. Stworzył scenografię do ponad pięćdziesięciu przedstawień i filmów lalkowych. Jego współpracownikami w tamtym okresie byli przyjaciele z Kunstgewerbeschule: Jan Skarżyński i Lidia Minticz-Skarżyńska, kobieta o „lalkowej urodzie”, delikatna, poetyczna.

Idealnej harmonii tego tria nigdy nie zaburzył fakt, że Lidia i „Balzak” byli kiedyś, jeszcze za wojennych czasów, małżeństwem (potem ożenił się ponownie, tym razem „na zawsze”). Kiedy wreszcie mógł bez obaw wrócić do sztalug, okazało się, że ledwo starcza mu czasu na malowanie. Wciąż wprowadzał w życie nowe pomysły – to gra w teatrze Cricot 2, to collage, to znowu ilustrowanie książek – nigdy nie pozwolił sobie na lenistwo.

Kazimierz Mikulski całe życie spędził w Krakowie. Tam się urodził i tam zmarł w 1998 roku. Po świecie realnym podróżował niechętnie, za to po światach sennych marzeń – jak najbardziej. Nie oburzał się, gdy krytycy nazywali jego oniryczną krainę „dnem rzeczywistości”, a lalki-idole „fryzjerskimi Beatrycze” i „okrągłopiersiastymi panienkami”. Żal do świata, że jest tak okrutny i małostkowy, widać tylko w oczach kotów z jego obrazów. Sam Mikulski do końca wyrozumiale się uśmiechał.


Tekst: Weronika Kowalkowska
Wykorzystano: „Mikulski” z cyklu „Mistrzowie Polskiego Malarstwa Współczesnego”, Art and Business Club; „Świadectwo oczu”, Jerzy Tchórzewski, Wydawnictwo Literackie; „Kazimierz Mikulski: dokumentacja działalności”, Honorata Sych, Łódź: Pracownia Dokumentacji Teatru Lalek przy Teatrze Lalek „Arlekin”; „Kazimierz Mikulski”, Biblioteka Narodowa.
Fotografie: katalogi aukcyjne, Aleksander Jałosiński/Forum