werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Dom w kolorach północnego morza

Stylowe i przytulne

Urządzając dom, Maria nie trzymała się żadnego stylu. – Szukałam tylko równowagi i harmonii, a najlepszym przewodnikiem była natura – wyjaśnia.

Maria straciła już nadzieję, że znajdzie wymarzony dom, kiedy zadzwoniła jej zaprzyjaźniona agentka nieruchomości. – Chyba mam coś dla ciebie – willę z lat 20., trochę zrujnowaną, ale za to w sporym ogrodzie z gąszczem roślin. Wszystko tak jak lubisz – zachichotała. Uważała Marię za klientkę niełatwą, zbyt mocno zapatrzoną w przeszłość. Nic dziwnego, że prawie stuletni dom uwiódł ją natychmiast.

Spacerując po pustych pokojach, Matia miała przed oczami obrazy urządzonych już wnętrz. Widziała nawet kolory – od stalowoszarego po ciemny błękit, od delikatnego piaskowego jak kamyki nad rzeką po szarawy niczym chmury jesienią... Wszystkie wzięte z natury, bo to, co Maria najbardziej lubi, to spacery i wpatrywanie się w wodę. A w Oslo wody jest pod dostatkiem, zresztą ze swojego nowego domu miałaby pięć minut do zatoki. Nie było nad czym się zastanawiać.

Remont poszedł jak z płatka. Na szczęście dom miał doskonały rozkład, więc obyło się bez większego burzenia ścian. Pod młotek poszło jedynie cieniutkie przepierzenie między kuchnią a jadalnią. Trzeba było pozrywać stare tapety, wykładzinę, która odsłoniła ładną sosnową podłogę. Sporo kłopotu sprawiły zniszczone okna. Potem jeszcze należało odnowić schody i zrobić nową balustradę – zamówiła ją u poleconych przez znajomych polskich rzemieślników.

Wyspą skarbów okazał się strych. Maria znalazła tam oryginalne drzwi, których ktoś się pozbył z pół wieku temu. Po drobnych naprawach wyglądają jak nowe. – Kocham stare rzeczy. Chcę być jak Florence Nightingale (XIX-wieczna angielska pielęgniarka i działaczka) dla zniszczonych mebli – śmieje się. 

reklama


Wreszcie zajęła się meblowaniem. Nie trzymała się określonego stylu, raczej szukała harmonii w kolejnych pomieszczeniach i miejsca dla swoich ulubionych mebli. Stary stolik, kupiony kiedyś na wyprzedaży na plebanii, idealnie pasował jej do holu. Rzeźbione, klasycyzujące krzesło z rodzinnego domu po przemalowaniu na biało stanęło w jadalni, a fortepian Bechsteina zajął róg salonu – Maria jest zupełnie niezłą pianistką, ćwiczą także dzieci.

Całą ścianę zarezerwowała na ulubione lustro Konstelacja zaprojektowane przez Thomasa Pheasanta, a przy kominku stanął ogromny fotel do czytania. Swoją sypialnię urządziła bardziej po babsku – z jutową wykładziną, tapetą w drobne paski i wystawką na stoliku – przypominającą o wszystkim, co lubi.

Jest tu więc głowa Buddy – to pamiątka z podróży, krawiecki manekin – Maria uwielbia modę, wazon – to na ukochane herbaciane róże, a słomkowe kapelusze wyrażają tęsknotę za słońcem. Z sypialni wchodzimy do garderoby, w której zmieściła się nawet wygodna komoda pośrodku.

Inny jest tylko pokój córki. Mała za nic nie chciała u siebie błękitu. Sama wybrała tkaninę w różyczki na zasłony i łóżko, a ludwikowskie mebelki, których Maria używała jako dziecko, kazała obić w paski. Zamarzyła też o manekinie, jak w pokoju mamy. 

Do szczęścia brakowało im jedynie pokoju gościnnego. I dom zrobił Marii niespodziankę. Oto podczas prac remontowych w piwnicy okazało się zupełnie przez przypadek, że za jedną ze ścian kryje się ogromne pomieszczenie. Ktoś zamurował nie tylko drzwi do niego, ale też okienko wychodzące na ogród. Maria właśnie zaczyna urządzanie, oczywiście w morskich kolorach.


tekst: Zenaida des Aubbris/Living4media/Free
opracowanie: Beata Woxniak 
zdjęcia: Anette & Christian As/Living4media/Free 

reklama
reklama