Inspiracją była południowa Francja, wyszło bardziej angielsko. – Piękny dom to za mało – mówi Ewelina. – On musi być jeszcze bardzo praktyczny.

 

Mówi się, że dziecko wiele w życiu zmienia. Ewelinie pomogło wydobyć skrywany talent, a nawet popchnęło ją do nowego zawodu: projektantki wnętrz. – Dwa lata temu urodziłam syna – wspomina. – Powrotu do 16-godzinnej pracy w kancelarii prawnej raczej sobie nie wyobrażałam.
 

Styl prowansalski w domu


Prawie 400-metrowy dom w Konstancinie urządziła praktycznie sama. – Zastaliśmy nowoczesną i zimną rezydencję. Na podłogach tafle polerowanego białego gresu. Jakoś nie widziałam siebie z dzieckiem w takiej lodowatej przestrzeni. Mąż nie protestował, kiedy zaproponowałam, żeby zrobić tu rewolucję: „Kochanie, wrzucaj bombę. Rób, co chcesz” – śmiał się.


Kilofy poszły w ruch, kamień skuto, by dać miejsce ciepłej drewnianej podłodze z francuskiego dębu. Pod nią zamontowano ogrzewanie – już z myślą o przyjemnościach raczkującego szkraba… Główną inspiracją była Prowansja, którą oboje z mężem odwiedzają najchętniej. – Koniec końców wyszło trochę bardziej na północ – śmieje się Ewelina. – Więcej zaczerpnęliśmy z Anglii, a to dlatego, że typowe prowansalskie domy są bardziej rustykalne, co nie do końca nam odpowiadało. Chciałam, żeby było nie tylko ciepło i przytulnie, ale też elegancko. Dlatego większość mebli powstała na specjalne zamówienie.

 

Kuchnia w stylu angielskim


Zabudowę kuchenną, pieczołowicie zaprojektowaną przez Ewelinę, tworzą białe meble z dekoracyjnie profilowanymi frontami i filarami plus dębowe blaty. Szeroki okap nawiązuje stylem do dawnych kuchni. Pod nim wisi cały rządek miedzianych naczyń. Niektórzy ludzie wieszają sobie takie tylko dla ozdoby, a sami gotują na indukcji. To nie ten przypadek. Ewelina w kuchni czuje się jak ryba w wodzie. Wybrała szeroki piekarnik, żeby swobodnie mieściła się w nim pieczona gęś. – To moja kulinarna wizytówka – mówi. – Czy to nie dziwne, że w Polsce, gdzie hoduje się najwięcej gęsi, jest to tak mało popularne danie? U nas gąska jest dwa razy w tygodniu. Swoją pasją zaraziła też męża. – Jeszcze parę lat temu nawet wody nie potrafił zagotować. Dziś jest specem od mięs. W lecie nie odstępuje od grilla, a w kuchni robi steki na dwie patelnie.
 

Nie ma przypadków


Połowa sukcesu Eweliny to jej determinacja. Jest niezmordowana w wyszukiwaniu rozmaitych perełek. Zawsze gdy spogląda na kuchenny żyrandol, przypomina sobie dzień, kiedy to cudeńko od Ralpha Laurena przybyło zza oceanu. Droga do momentu, w którym zabłysnął, była długa i mozolna. Choć kosztował niezłą sumkę, trzeba było dopiero go złożyć, niczym lampę z Ikei. Wszystkie kryształowe świecidełka nanizać na druciki i zawiesić na właściwym miejscu. – Robiłam to z wielkim brzuchem w dziewiątym miesiącu ciąży, balansując na stołku – wspomina Ewelina. – A drugi żyrandol niemal wydarłam sprzedawcy antyków. Tak mi się spodobał, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, że musiał być mój, chociaż ktoś już za niego wpłacił zaliczkę. Następnego dnia przyszłam z gotówką i nie było już wyjścia.


– U mnie nie ma rzeczy przypadkowych i ozdobników. Wszystko ma swoje przeznaczenie – mówi projektantka. – Nawet fotel w przedpokoju. To karne siedzisko dla synka. Kiedy zaczyna psocić, natychmiast go tam sadzam, żeby się wyciszył. Siedzi, póki się nie uspokoi. To naprawdę działa i – co ciekawe – mały od razu wyciąga ręce, aby go tam sadzać.


Dzieła sztuki też mają swoją historię. Najważniejszy jest obraz w jadalni namalowany przez Michała Zaborowskiego. To prezent ślubny. Trochę bajkowy motyw zająca wziął się stąd, że ślub miał miejsce, kiedy synek skończył trzy miesiące. Dnia jego urodzin Ewelina nigdy nie zapomni. – W czerwcową noc rozpętała się straszna burza. Obudziliśmy się w środku nocy – wspomina. – Byłoby śmiesznie, gdybym zaczęła rodzić. Wtedy piorun uderzył blisko domu. No i naprawdę zrobiło się śmiesznie, bo akurat zaczęła się akcja porodowa. Nieco przed czasem, ale dom był już całkowicie gotowy.


Dziś wystawiony jest na sprzedaż. Ewelina wpadła w wir projektowania następnego. Tym razem będzie to penthouse w Wilanowie, z widokiem na rezerwat przyrody. – Ciągnie nas bliżej miasta. Poza tym nabrałam odwagi. Przy pierwszym projekcie byłam taka ostrożna, mało odważna. Teraz będzie styl nowojorski. Trochę zaszaleję.


Zainteresuje Cię również – Lekcja stylu: wnętrza jak z obrazów Fridy.


reklama



Dziękujemy agencji Partners International (partnersinternational.pl) za pomoc w realizacji sesji.
Projektantka: Ewelina Ślotała
Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Marcin Grabowiecki
Stylizacja: Katarzyna Sawicka, katarzynasawicka.pl