[ x ]

Nowe zasady dotyczące cookies:

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Tutaj dowiesz się, jak to zrobić. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies.

Weranda
Facebook Google plus Dodaj do ulubionych Drukuj Email Małe litery Średnie litery Duże litery

Dom do odpoczywania

Salon Urządzony w stylu francuskiego maison.
 
 

Jeśli ktoś całe serce i energię wkłada w pracę, to musi mieć dom, w którym odpocznie co najmniej tak jak na wakacjach.

 

 

Wszędzie biel. No, może z małym wyjątkiem dla czarnego fortepianu.

Marta wiedziała, że nie chce mieszkać w bloku, od kiedy teściowie poprosili ją, by przez dwa tygodnie zaopiekowała się domem pod Warszawą. Poczuli się wtedy z mężem jak na urlopie. Potem pojawił się Hubert – nie wyobrażała sobie ganiania z wózkiem po piętrach.


Najpierw był Józefów: 130 metrów, czyli w sam raz dla trzyosobowej rodziny i w sam raz do sprzątania. Potem pomyśleli o czymś ciut większym, z ogrodem. Wybrali Konstancin. – Urzekło nas miejsce i serdeczni ludzie. Pojechaliśmy na ognisko do przyjaciół i już mieliśmy dwudziestu nowych znajomych, podczas gdy wcześniej zdarzało mi się nawet nie znać sąsiadów – wspomina. Nie wiedziała, jak w szczegółach ma wyglądać dom, ale potrzebowała spokoju.

 

– Zapatrzyłam się we francuskie maisons, gdy kilka razy spędzaliśmy z mężem wakacje u przyjaciela pod Bordeaux – opowiada. Chciała tylko mniej bibelotów, bo niepotrzebnie zbierają kurz – Marta to osoba bardzo praktyczna i zdyscyplinowana. Kupuje rzadko (kobiecą słabość do gromadzenia drobiazgów na tony ma pod kontrolą), a jeśli już, to w kompletach plus jeden. – Mam trzynaście talerzy, szklanek, widelców, kieliszków, bo z góry wiem, że coś się może potłuc albo uszkodzić – tłumaczy. No, może tylko raz czy dwa uległa pokusie. Kiedyś w „Werandzie” zobaczyła biały gustawiański zegar stojący. Musiała go mieć. Bała się tylko, że antyk nie wytrzyma długiej podróży i się rozsypie. Zawzięła się jednak i cudem znalazła w Szwecji stolarza, który robi repliki. Wysłała mu zdjęcia – dziś zegar stoi w salonie.


Wtedy, gdy jej się marzyły meble z francuskiego maison, u nas królowały bogate forniry. Tych pierwszych było jak na lekarstwo. Na szczęście Marta spotkała właściwą osobę – projektantkę Magali Gutierrez Carrasco, która pokazała jej francuską firmę Country Corner. Zaczęło się sprowadzanie. Później był weekend z siostrą w Kazimierzu i zakupy w galerii Lawenda, oczywiście z francuskimi meblami i drobiazgami. – Wracałyśmy samochodem załadowanym po dach, ledwo zmieściły się nasze walizki – mówi rozbawiona.


Kiedy już wszystko było urządzone, wybrali się z synem tuż przed świętami pod Zamek Królewski zobaczyć choinkę (co roku trzydziestometrowa sosna ustrojona w świecidełka cieszy oczy warszawiaków). – Poszliśmy na kawę, ciastka i spacer, a kupiliśmy… fortepian. Gdy wracaliśmy, płakałam z radości – opowiada Marta. Od dziecka kochała ten instrument. Skończyła szkołę muzyczną, ale ojciec namówił ją, by została skrzypaczką. Tłumaczył: „Zobacz, ilu jest skrzypków w orkiestrze, a ilu pianistów, jako skrzypaczka pracę znajdziesz zawsze”. Posłuchała, lecz o pierwszej miłości nie zapomniała. I dlatego w białych pokojach pojawił się czarny fortepian. – Znajomi żartują, że dwie rzeczy do naszego domu nie pasują: ja i fortepian – śmieje się. Rzeczywiście, właścicielkami takich wnętrz bywają raczej panie w białych falbankach, a tu drobna brunetka, w dodatku ubrana na czarno.


Marta opiera się bibelotom, ale i ona miewa słabości. Po pierwsze – storczyki. Białe oczywiście. Tracą kwiaty i zakwitają na nowo, bo ma na nie sposoby. Rozmawia, pozwala rosnąć, jak chcą, nigdy na siłę nie odwraca ich kwiatami w stronę pokoju, regularnie poi – raz na tydzień wstawia na cztery godziny do wody.


Drugi bzik – biel. Zawsze ma pod ręką puszkę białej farby, tak na wszelki wypadek, gdyby coś trzeba było pomalować, jak wiklinowe fotele przy szachowym stoliku. Tylko syn zaprotestował i jego fotel został naturalny. Nie przemalowała jeszcze brązowych okien i drzwi wejściowych (kupili dom w komplecie z nimi). Powstrzymuje ją mąż, tłumacząc, że może jednak przesadza. Musi poczekać, aż kiedyś wyjedzie na dłużej.

Tekst: Katarzyna Sadłowska
Stylizacja: Agnieszka Głowacka
Fotografie: Aneta Tryczyńska
za pomoc w sesji dziękujemy Galerii Lawenda www.galerialawenda.pl

Nr 1 (109/2012)


 

Dodaj do ulubionych Drukuj Email Małe litery Średnie litery Duże litery
Weranda - styczeń 2012

Zobacz również:

twoje ulubione mieszkania

Weranda na Facebooku

Warto zobaczyć

Tulipany wśród bukszpanów

Kiedyś ogród nie zapowiadał się na żaden cud.… Zobacz więcej »

Ażurowe meble

Projektant David Trubridge inspiracje czerpie z morza.… Zobacz więcej »

Dobrze dobrane okna i drzwi

Mogą być prawdziwą ozdobą, a zachwycaja nie tylko dizajnem, ale też funkcjonalnością.… Zobacz więcej »

Copyright © 2013 Weranda   |   Wydawnictwo Te-Jot Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Spółka komandytowa